Szukaj na tym blogu

wtorek, 20 czerwca 2017

Groźna lekomania - dochodzimy do szczytów absurdu!

No właśnie, każdy zdrowo myślący człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że nadużywanie leków nie prowadzi do niczego dobrego. Tymczasem, jak wykazują badania, Polacy to naród lekomanów! Oglądane każdego dnia kolejki w aptekach i kupowane, w ilościach niemal hurtowych, rozmaite środki, o czymś chyba świadczą. Skrzętnie korzystają z tego koncerny farmaceutyczne, które reklamują choćby w telewizji to suplement diety, to maść przeciwbólową, to jeszcze inny specyfik z gatunku "krew puszcza, mocz oczyszcza i cudownie wzmacnia". A najgorsze w tym wszystkim jest to, że za "modą" na leczenie wszystkich przypadłości chemią, poszli również lekarze, kuszeni przez lobbystów...

kobieta w aptece

Ale to nie koniec, ponieważ dochodzimy już, drodzy Państwo, do absurdów. Obecnie coraz częściej to nie lekarz, a pacjent decyduje o tym, co i czym chce leczyć. Mam w rodzinie lekarza, z wieloma zetknęłam się w ciągu swojego dotychczasowego życia i często słyszałam opowieści budzące zgrozę, w stylu: "Przychodzi do mnie babcia i żąda konkretnego antybiotyku. Nie pozwala się zbadać, nie pozwala przeprowadzić żadnego wywiadu lekarskiego, tylko w kółko powtarza, że już takie coś jej dokuczało, wzięła wtedy tenże antybiotyk i przeszło, więc nic innego w grę nie wchodzi. Ten preparat i koniec!". I wielu lekarzy takiej presji ulega, bez względu na to czy wszechwiedzącym pacjentem jest wspomniana babcia czy młodzian w sile wieku. Wszystko chcemy leczyć sami, "doktor Google" wystarcza nam w zupełności do postawienia sobie diagnozy, a reklamy leków z telewizji czy kolorowych czasopism, ułatwiają nam wybór odpowiedniego preparatu.

Problemu z dostępnością leków w zasadzie u nas nie ma. Nawet jeśli w jednej aptece farmaceuta nie zgodzi się na sprzedanie nam, przykładowo, dwóch opakowań leku przeciwbólowego (bo ustawa zabrania), to przecież pacjent, nie w ciemię bity, radośnie przejdzie na drugą stronę ulicy i zakupi sobie kolejne opakowanie upragnionych piguł w kolejnej aptece. Ktoś mi kiedyś powiedział: "W naszym kraju najwięcej jest kościołów i aptek". Kościoły, ostatecznie, nikomu nie szkodzą (mogą co najwyżej wywoływać dyskusje czy faktycznie to na nie powinniśmy przeznaczać środki z budżetu, ale nie będę się tu wdawać w politykę), za to apteki? Ho, ho! Wyrastają jak grzyby po deszczu i w moim tylko mieście: na jednym skrzyżowaniu znajdują się 3 apteki, na kolejnym jest zlokalizowana następna, na kolejnym jeszcze jedna, na kolejnym - znów trzy. Gdzie się człowiek nie obejrzy, mruga mu jak wściekły neon z krzyżem symbolizującym szybką pomoc medyczną - aptekę. A w każdej (sprawdzałam kiedyś z ciekawości), ogonek pacjentów. Zwłaszcza w tych, które kuszą promocjami, niższymi cenami leków, gdzie za ladami uwijają się urodziwe i młode farmaceutki, z rzadka informujące o konieczności przestrzegania dawek np. leków przeciwbólowych. Że już nie wspomnę o aerozolach do nosa, których głównym składnikiem jest ksylometazolina, silnie uzależniająca (sama jestem ofiarą tego świństwa, ponieważ odtyka ona nos koncertowo, ale stosowana dłużej niż trzy dni zaczyna sama "zatykać" nos, wysusza bowiem błonę śluzową i doprowadza do uczucia "zatkania". W ciągu swojego życia odstawiałam owo świństwo wielokrotnie, męcząc się jak potępieniec, bo ciężko jest, na Boga, oddychać tylko jedną "dziurką" albo wyłącznie ustami). Na przestrzeni kilkunastu lat raptem dwie farmaceutki zwróciły mi uwagę na konieczność stosowania owych preparatów doraźnie, reszta sprawę olewała, serwując mi xylometazolin pod rozmaitymi postaciami, ale zawsze zawierającymi tę podstawową substancję czynną, elegancko wykańczającą śluzówkę).

Ktoś może powiedzieć: no to przecież od tego są ulotki! Ha, ha.... Z ulotkami jest tak, jak ze wstępami w książkach - mało kto je czyta.

A największy dramat odbywa się w gabinetach psychiatrycznych (Bogu dzięki, nie we wszystkich). Niestety jednak wielu "pacjentów" (czy już raczej "nałogowców") wkracza do wspomnianego gabinetu i zaczyna recytować wykutą na pamięć historyjkę, mającą uzasadnić "wyciągnięcie" od lekarza konkretnych leków w ilościach znacznie przekraczających normy (tu odsyłam do książki "(nie)typowi przestępcy" autorstwa Elżbiety Borkowskiej, w której opisuje ona stosowane przez osoby uzależnione praktyki; książka będzie dostępna w sprzedaży "na dniach" i na pewno o jej możliwości zakupu poinformuję, a na razie podrzucam tylko  link do zbiórki funduszy na kampanię reklamową, niezbędną do wypromowania powieści, którą, na Boga, powinien przeczytać chyba każdy, z nałogowcami i psychiatrami na czele).

Jeśli coś się nie zmieni, to, moi Drodzy, przyszłość widzę w czarnych barwach. Dzieci, od niemowlęctwa niemalże, traktowane rozmaitymi preparatami "od pierwszych miesięcy życia", stracą szansę na nabranie naturalnej odporności (nie mówię tu o skrajnych przypadkach, gdy dziecko faktycznie jest chore i wymaga interwencji lekarskiej, ale o nadopiekuńczych rodzicach, święcie wierzących w każde słowo, jakie padnie w reklamie). Zacznie się problem zapadania masowo na alergie różnego typu (w sumie początek tego zjawiska już u dzieciaków można zauważyć), a antybiotyki przestaną działać (badacze wykazują, że za jakieś 30 lat nie będzie już żadnych skutecznych antybiotyków, ponieważ szczepy bakterii uodparniają się na stosowane przez nas preparaty, wirusy mutują, za to ludzie głupieją i przeziębienie to czy grypa - dawaj! Antybiotyk! Co zwłaszcza w przypadku grypy wyzwala we mnie chęć walenia głową w ścianę, bo święci pańscy, grypy żaden antybiotyk nie wyleczy, a tylko osłabi organizm).

Oczyma duszy widzę zatem społeczeństwo przesycone chemią, podatne na infekcje, z którymi jeszcze nasi dziadkowie dawali sobie radę we własnym zakresie (bez użycia leków, a dzięki wykształconej za młodu naturalnej odporności), lekomanów zabijających własne problemy psychotropami, wycyganianymi od lekarzy, niezdolnych już do zwalczania jakiejkolwiek choroby żadną metodą. Bo ilość wpakowanej w siebie chemii zwyczajnie na stare lata odbije się nam potężną czkawką.

Tasiemiec mi z tego wpisu wyszedł, ale mam nadzieję, że dotrwaliście do końca i wyciągnęliście wnioski. Nie próbujcie wszystkiego leczyć na własną rękę, nie lećcie do lekarza po kilku kichnięciach z podejrzeniem zapalenia oskrzeli (bo tak Wam wyszło z Google). Pijcie dużo wody mineralnej, spacerujcie na świeżym powietrzu bez względu na pogodę i porę roku (ewentualnie alergicy niech po prostu zrezygnują z tych marszy zdrowotnych w okresie pylenia tego, na co są uczuleni), a w ramach wzmacniania organizmu pijcie wodę z miodem (odstana przez noc i wypita rano, wzmacnia organizm - tak hartowała mnie kiedyś moja babcia). Pożerajcie czosnek, chromoląc jego zapach, dbajcie o higienę przez częste mycie rąk i nie nakręcajcie tej chorej spirali, która doprowadza do tego, że każdego roku w naszym kraju wyrastają kolejne apteki. Doprawdy, czas się opamiętać!


4 komentarze:

  1. Tak się cieszę, że wróciłaś. Dość długo tu nie zaglądałam i proszę taka niespodzianka:) To była naprawdę długa nieobecność. Gratuluję i pozdrawiam!zmagam się z podobnym problemem ale jeszcze sobie nie radzę. Twój blog mnie inspiruje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję i również pozdrawiam!

      Usuń
  2. Przerażający jest fakt, że nawet niegroźne zaburzenia/spadki nastroju "leczone" są od razu z grubej rury psychotropami. Postawa psychiatrów jest tutaj po prostu oburzająca. Wypisują oni leki psychotropowe jakby to był jakiś zwykły suplement diety. A umówmy się, że nie każde zaburzenie nastroju jest depresją i są mniej inwazyjne sposoby by je wyeliminować. Pacjenci są potem pozostawieni sami sobie, nie są poinformowani do kiedy mają brać dane leki, jakie są skutki uboczne i że nie wolno tego tak po prostu odstawić. A przecież przeciętny pacjent nie jest specem od farmakologii i często jest nieogarnięty w tych kwestiach. Jednak osoba przyjmująca jako psychiatra powinna inaczej podchodzić do pacjenta niż chirurg który dajmy na to podwiązuje przepuklinę. Mówię to jako przyszły lekarz. Też zmagam się z podobnym problemem, dużo ostatnio przeszła, wychodzę na prostą i życzę wszystkiego dobrego bez prochów;) Twój blog jest świetny;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz 100% racji, o postawie psychiatrów będzie odrębny, dłuższy wpis, przedstawiający przykłady z życia wzięte (dwóch osób: mnie i Elżbiety Borkowskiej, o której już tutaj pisałam). Mam nadzieję, że wspomniany wpis dotrze do jak największej grupy ludzi. Lekarzom, obawiam się, niewiele uświadomimy (będziesz chlubnym wyjątkiem!), bo im się po prostu takie podejście OPŁACA. Al liczę na to, że ludzie udający się do lekarzy tej specjalizacji, zapoznawszy się z całym artykułem na ten temat, sami zaprotestują przeciw wpychaniu w nich uzależniaczy, bo będą świadomi konsekwencji. Zwłaszcza, że istnieją alternatywne środki o podobnym działaniu, NIE POWODUJĄCE uzależnienie.

      Z całego serca życzę Ci dużo sił, trzeźwości i pogody ducha, która ułatwia dostrzegania uroków życia - bez psychotropów. I dziękuję za ciepłe słowa odnośnie mojego bloga :)

      Usuń