Szukaj na tym blogu

czwartek, 4 maja 2017

Czy można żyć bez leków?

Często w komentarzach lub mailach, które do mnie trafiają, czytam "Nie wyobrażam sobie życia bez leków". Te słowa mnie nie dziwią, ponieważ sama przez lata też sobie tego nie wyobrażałam. Ale z całą stanowczością stwierdzam: MOŻNA. I dodam jeszcze, że takie życie jest o wiele pełniejsze i, co tu ukrywać - po prostu lepsze. Bo leki ZNIEWALAJĄ, bez nich - jesteśmy wolni i odzyskujemy kontrolę nad swoim życiem.

zniewolenie od leków

Uwalniając się od uzależnienia od psychotropów (nie ważne czy to Zolpic, Tranxene czy też inna benzodiazepina bądź jej pochodna) zyskujemy wiele! Tak wiele, że trudno będzie to opisać w jednym poście, wymienię więc te najważniejsze kwestie:
  • odzyskujemy prawdziwych siebie (koniec z psychiką wypaczoną używaniem środków uspakajających lub nasennych)
  • regenerujemy swój organizm (benzodiazepiny i im podobne środki, wpływają destrukcyjnie nie tylko na mózg, ale też "elegancko" wykańczają choćby wątrobę - nie dzieje się to z dnia na dzień, jasne, ale po wielu latach możemy się obudzić z "ręką w nocniku", bo wątroba nam wysiądzie i cześć pieśni)
  • odzyskujemy uczucia (do tej pory zagłuszane lekami)
  • bogacimy się finansowo (czy muszę przypominać, ile kosztuje wizyta u psychiatry i same leki? A w przypadku uzależnienia, co tu szklić - WIZYTY u wielu psychiatrów i kupowanie hurtowych niemal ilości upragnionych leków?)
Oczywiście wielu lekomanów (wliczam tu i siebie), panicznie boi się zerwania z lekami właśnie z uwagi na fakt, że powrócą wszystkie emocje, które lekami są wygłuszane lub sztucznie "podrasowane" (na początku przyjmowania Zolpica chodziłam szczęśliwa jak prosię w deszcz, miewałam stany euforyczne, które doprowadzały do tego, że beztrosko wydawałam kasę na różne bzdety, kompletnie mi niepotrzebne, ale "zlasowany" mózg nie pozwalał mi tego dostrzec). I jadąc już dalej na moim przykładzie - gdy zerwałam z pochłanianiem Zolpica, zaczęłam na nowo CZUĆ. Tak prawdziwie czuć. I nie będę Wam opowiadać bajek, że było to w stu procentach cudowne. Nie było. Bo zaczęłam dostrzegać popełnione błędy, zorientowałam się, jakie spustoszenie uczynił w moim życiu Zolpic i jak wiele złego wyrządziłam też innym ludziom, będąc ciągle pod wpływem tego "ogłuszacza". Wtedy nie liczył się nikt i nic, patrzyłam na wszystko oczami egoistki totalnej, mnie miało być dobrze, moje fanaberie miały być zaspokajane, a że kosztem innych? Guzik mnie to wtedy obchodziło.

Zatem tak - po zerwaniu z nałogiem znów zaczyna się normalnie myśleć. Pojawiają się wyrzuty sumienia. Może wrócić smutek, lęk. Ale dzięki pomocy specjalistów (psycholog, psychoterapeuta) czy choćby meetingów AN lub AA, można sobie spokojnie z tymi emocjami poradzić. Naprawić to, co jeszcze jest się w stanie naprawić, przeprosić za to, czego w żaden sposób zmienić się już nie da i zacząć żyć GODNIE. Uczciwie, prawdziwie, z empatią, pokorą. Takie życie jest pełniejsze i daje ogromną satysfakcję. 

Podam banalny przykład - w czasie brania wszyscy ludzie dookoła mnie to były jakieś tam pionki w grze zwanej życiem. Wchodziłam do sklepu, kupowałam co potrzebne mi było do szczęścia i wychodziłam. Jak ktoś w kolejce przede mną się guzdrał, w głowie pojawiały mi się inwektywy pod jego adresem (w stylu "K*rwa, co za debil, sklerotyk totalny, nie mógł sobie wcześniej na kartce zapisać, co ma kupić? Ja pier*olę, ile jeszcze rzeczy on sobie będzie przypominał, cały sklep wykupi, padalec cholerny?"). Kasjerki nie obchodziły mnie kompletnie, uważałam, że są antypatyczne, głupiej reklamówki mi żałują, hieny wredne, po co się rwały do pracy z ludźmi, skoro widać, że do tych ludzi zieją nienawiścią? Jakoś nie przychodziło mi do zaćpanej pały, że może te kobiety nie miały wyjścia, złapały pierwszą pracę, na jaką miały szansę, bo z czegoś musiały żyć. I gdy przestałam ćpać, zaczęłam dostrzegać te "antypatyczne kasjerki" w innym świetle. Nie burczałam pod nosem, zaczęłam się do nich uśmiechać, jeśli nie było za mną kolejki, również zagadywać, uprzejmie się żegnać. Wchodząc do sklepu i widząc znajomą pracownicę, która akurat nie stała przy kasie, tylko układała towary na półkach, zawsze mówiłam (i nadal mówię) "Dzień dobry" ze szczerym uśmiechem i zawsze uśmiechem te panie mi odpowiadają. Gdy zauważą mnie pierwsze, same się odzywają, gdy mam gorszy dzień (bo np. łupie mnie głowa - migrena się kłania), pytają co się stało, czemu tak źle wyglądam, wyrażają szczere współczucie. I teraz niech mi ktoś powie - czy to nie jest piękne? A nic nie kosztuje. Zwyczajne szczere zainteresowanie tymi ludźmi, z którymi stykam się na co dzień, dostrzeżenie w nich człowieka, a nie elementu sklepu. I to jest przykład pierwszy z brzegu, banalny. A ile daje mi przyjemności! Świadomość, że po jakimś wrednym kliencie staję przy kasie z uśmiechem, życzę kasjerce miłego dnia, wdaję się w pogawędkę (jeśli nikogo za mną nie ma). I już nie raz usłyszałam słowa "Pani jest przemiła", albo "Dziękuję, poprawiła mi pani humor, bo od rana jakoś tak wszystko pod górkę mi szło i sami nerwowi i niesympatyczni ludzie przychodzili. Naprawdę pani dziękuję".

I na tym właśnie polega prawdziwe życie. Dając coś od siebie (dobre słowo, uśmiech, zaoferowanie pomocy, przytrzymanie drzwi sąsiadce, która idzie obarczona potworną ilością zakupów), otrzymujemy w zamian bardzo dużo. Czyjaś wdzięczność, dobre słowo, uśmiech. No jasny gwint, tak powinien wyglądać świat! A wystarczy zacząć od zmiany siebie (jak śpiewał Micheal Jackson "Od tego człowieka w lustrze"). 

Wyrwanie się ze szponów Zolpica pozwoliło mi na nowo zacząć żyć. Bo ćpanie to nie jest życie, to jest jakaś egzystencja, ucieczka od wszystkich i wszystkiego, wytłumienie emocji, wypięcie się na świat. Ale biorąc nie dostrzegałam, że ćpanie to również wypięcie się na samą siebie i własne życie. Po odstawieniu tego świństwa znowu mogę powiedzieć, że żyję. Żyję, czuję, płaczę, współczuję, pomagam, staram się dawać sobie radę w tym codziennym życiu. Nie jest ono usłane różami, ale na Boga, tak właśnie działa ten świat. Nie zmienimy wszystkiego, a już na pewno nie zmienimy nic na lepsze, uciekając w leki. Zmian pozytywnych - w sobie, w najbliższych, możemy dokonać wyłącznie na trzeźwo. I jest to naprawdę warte całego wysiłku, włożonego w odstawienie środków uzależniających. Zyskujemy dzięki temu mnóstwo, a przede wszystkim, odzyskujemy samych siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz