Szukaj na tym blogu

środa, 27 lipca 2016

Lekomania chorobą celebrytów?

Zbyt często w ostatnich latach słyszeliśmy bądź czytaliśmy o przedawkowaniu narkotyków wśród zachodnich celebrytów. Często jednak zapoznając się ze szczegółami ich historii, błędnie zakładaliśmy, że ich śmierć czy uzależnienie, spowodowane były "zwykłymi" narkotykami. Rzecz w tym, że słowem "drugs" określa się nie tylko narkotyki (takie jak choćby heroina), ale również leki. Jakby nie patrzeć apteka to po angielsku "drugstore" - a wiadomo, że nie chodzi o sklep z przytoczoną powyżej heroiną, ale z lekami. W zasadzie takimi samymi, jak u nas.

O tym, że z powodu podania zbyt silnych leków zmarł Michael Jackson, wiedzą chyba wszyscy. Artysta zmagał się z bólem i problemami ze snem i potrzebował coraz większych dawek. Ostatnia, jaka została mu zaaplikowana przez lekarza, okazała się zabójcza.

Czy jednak wiecie, że to nie narkotyki, ale właśnie leki doprowadziły do śmierci aktora Heatha Ledgera? Jego przedwczesne odejście zszokowało opinię publiczną, a media rozpisywały się o jego uzależnieniu od narkotyków i alkoholu. Jak się jednak okazało, Ledger przez ostatnie miesiące swojego życia nie miał kontaktów z kokainą czy innymi "twardymi" narkotykami, stronił też od alkoholu. Zmagał się za to z depresją i zespołem lęku przewlekłego, a także z bezsennością. Autopsja wykazała, że w organizmie aktora wykryto między innymi:
  • Vicodin (lek przeciwbólowy, znany w Polsce chyba głównie dzięki serialowi "Doktor House")
  • diazepam (przeciwlękowy)
  • Xanax (również przeciwlękowy), 
  • Restoril (lek nasenny)
  • mieszankę leków na przeziębienie, dostępnych bez recepty (aktor nie wyleczył zapalenia płuc, z którym zmagał się przez kilka tygodni przed śmiercią)
  • lek przeciwdepresyjny (nie znalazłam niestety jego nazwy)
Ta mieszanka okazała się zabójcza dla młodego aktora, który w środku nocy po prostu przestał oddychać (do czego z pewnością przyczyniło się wspomniane zapalenie płuc). Leki nasenne zmieszane z przeciwlękowymi "dopełniły dzieła", nie pozwalając na odzyskanie przez aktora przytomności. "Usypiacze" mają bowiem to do siebie, że mogą być groźne dla osób, które cierpią na bezdech senny - zwiotczają bowiem mięśnie i mogą doprowadzić do dokładnie takiej sytuacji, w jakiej znalazł się aktor.

Z lekomanią, a nie narkomanią, zmagał się też najsłynniejszy "biały raper" - Eminem. Dużo się mówiło o jego uzależnieniu od narkotyków (i znów okazało się, że w jego przypadku źle zinterpretowano słowo "drugs"). Eminem nie zażywał heroiny, lecz niemal "na tony" pochłaniał niemal to samo, co Ledger - przeciwbólowy Vicodin i przeciwlękowy diazepam (znany też jako Valium). U szczytu uzależnienia, raper trafił do szpitala i cudem został odratowany (cudem, ponieważ zaczęły mu "wyłączać się" kolejno organy, od nerek począwszy). Lekarze stwierdzili, że ilość leków, jakie w siebie ładował, stanowiła ekwiwalent całkiem sporych dawek heroiny.

Jak widać tylko na tych kilku przykładach, osoby znane, popularne, tzw. gwiazdy, równie często co po alkohol czy twarde narkotyki, sięgają po leki przepisywane na receptę. I lądują w dokładnie takim samym guano jak każdy lekoman. Ci, którzy są w stanie się z niego wygrzebać, nie zawsze chętnie dzielą się swoją przeszłością, odwykami, terapiami czy pobytami w szpitalach. A szkoda, bo być może ich słowa byłyby lepszym ostrzeżeniem przed zagrożeniem, jakim jest lekomania, niż słowa lekarza grożącego palcem jednej ręki (jednej, bo druga zajęta jest inkasowaniem pieniędzy i wypisywaniem recepty - nie generalizuję, ale w czasie swojego uzależnienia takie obrazki widywałam aż za często).

Szczęśliwie Eminem miał na tyle odwagi, by parokrotnie wypowiedzieć się (choćby w wywiadach) na temat swojego uzależnienia, spustoszenia, jakie leki poczyniły w jego organizmie i podzielić się własnymi sposobami, które pozwoliły mu wyjść na prostą (zaczął od biegania, potem również uprawiał ćwiczenia w domu, co ułatwiało mu pozbyć się stresu i zafundować sobie przypływ endorfin, czyli hormonów szczęścia, wyzwalanych w trakcie wykonywania ćwiczeń fizycznych). O swoim uzależnieniu nagrał też dwie płyty.

Jak zatem widać, lekomania nie jest problemem tylko nas, jednostek przeciętnych, "maluczkich", ale potrafi chwycić za gardło także ludzi, którym - w powszechnej opinii - bliżej byłoby do popadnięcia w alkoholizm albo narkomanię. Z drugiej jednak strony zastanawiam się czy w najbliższych latach "lekomania" i "narkomania" nie staną się synonimami. Na umysł i ciało człowieka działają podobnie, są substancjami chemicznymi, więc kto wie..? Niedawno usłyszałam, że Zolpic już teraz w Polsce postrzegany jest jak narkotyk i z tego względu rok czy dwa lata temu, pojawił się wymóg wpisywania na receptach słownie "ilości substancji" podanej w miligramach.

Zastanawia mnie tylko jedno - skoro już sami lekarze i farmaceuci wiedzą, że psychotropy to po prostu narkotyki, czemu tak chętnie przepisują je swoim Pacjentom?


4 komentarze:

  1. ja też jestem lekomanką i nie umie bez nich życ.Nie jem mięsa jestem weganką ale leków nie potrafie sobie odmówic.bardzo dobrze ze prowadzisz tego bloga to przynajmniej nie jestem sama

    OdpowiedzUsuń
  2. ja nie jestem ale mój przyjaciel jest i kompletnie nie wiem jak pomóc mu i walczyć z chorobą... boję się że kiedyś stanie mu się krzywda

    OdpowiedzUsuń
  3. zapraszam do mnie - www.pasja.xaa.pl mój blog o depresji a raczej moim życiu

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciężko się wyrwać z tego nałogu. Zwłaszcza po kilku latach. Mi się udało, ale dopiero po kilku próbach. Pobyty w dwóch ośrodkach pod Warszawą skończyły się fiaskiem. Dopiero gdy pojechałam do Koszalina do Wsparcia odniosłam zwycięstwo. Podejrzewam, że to zasługa terapeutów. Inaczej podeszli do problemu i potrafili mnie zmobilizować do działania.

    OdpowiedzUsuń