Szukaj na tym blogu

wtorek, 10 maja 2016

(Nie tak znów) krótko o tym, co Zolpic zmienił w moim życiu

A także o tym, co zmieniło się po zerwaniu z nałogiem ;) Ale po kolei.

Gdy byłam już naprawdę potężnie uzależniona od Zolpica i pożerałam go "na tony", kompletnie nie kontrolowałam samej siebie - nie tylko działań, ale nawet własnych myśli. Nie sposób wymienić liczby błędów, jakie popełniłam będąc pod jego wpływem. Zaburzał mi koncentrację, na pewnym etapie nie pomagał mi już nawet zasnąć (a do tego przecież został "stworzony") i wtedy do gry włączyłam alkohol. Idiotyzm potężny, ale w stanie kompletnego naćpania nie interesowało mnie zupełnie to, czy sobie poważnie zaszkodzę czy nie. Zasypiałam (czy raczej urywał mi się film) około 3:00, wstawałam o 11:00. Fakt, że nie poszłam kompletnie z torbami zawdzięczam tzw. elastycznemu czasowi pracy, bo gdybym musiała zaczynać o 8:00, to nie ma siły - poległabym zawodowo w 100%.

Zolpic dodatkowo "odbierał" mi pamięć. Miałam potężne luki, które dopiero po rozpoczęciu walki z uzależnieniem i stopniowym redukowaniu dawek, zaczynały się powoli wypełniać. Ale wielu rzeczy, które wieczorem robiłam po połknięciu kilku tabletek i zapiciu ich piwem/winem/co tam było pod ręką, z pewnością już nigdy sobie nie przypomnę.

Niedawno zastanawiałam się co było największym problemem przy odstawianiu tego "leku" (w moim przypadku bardziej na miejscu byłoby chyba jednak słowo "narkotyk"). Problemem było nie tylko uzależnienie fizyczne (organizm buntował mi się ostro, gdy nie otrzymywał odpowiedniej ilości Zolpidemu), ale też psychiczne. I to posunięte tak daleko, że w panikę wpadałam na samą myśl co się stanie, gdy będę już całkowicie wolna od Zolpica. Branie zaczęło się w mojej głowie łączyć ze mną samą - ja + Zolpic = całość. Obawiałam się utraty części własnej tożsamości, choć - jak na ironię - tożsamość odbierało mi branie. Nie wyobrażałam sobie, że mogę wstać i nie sięgnąć po tabletkę. Że w sytuacji stresującej nie łyknę sobie pigułki, że położę się do łóżka i zasnę bez Zolpidemu. Te wszystkie wypracowane w czasie brania rytuały (łącznie z "załatwianiem" sobie recept) tak weszły mi w krew, że stały się moją drugą naturą i nie wyobrażałam sobie swojego życia bez tej całej "zolpicowej otoczki". Tak, jakby to uzależnienie definiowało kim jestem, a nie ja sama.

Osobie, która nigdy nie była uzależniona od alkoholu czy substancji psychoaktywnych, takie rozumowanie może wydać się skrajnie idiotyczne. I rzeczywiście, takie było. Ale jednocześnie ta pułapka myśli ("Co mi zostanie, jeśli zrezygnuję z Zolpica?") była w moim przypadku bardzo silnym hamulcem powstrzymującym mnie przez lata przed rozpoczęciem walki o trzeźwość.

wolność

Co się zmieniło? Redukując dawki zauważyłam, że wbrew obawom, czuję się zupełnie nieźle z samą sobą. Zaczęła wracać "dawna wersja mnie", ale mądrzejsza o doświadczenie. Na nowo zaczęłam odczuwać tłumione chemią emocje. Wyraźniej widziałam siebie, otaczający mnie świat i własne błędy. Powoli zaczęła wracać chęć do życia i energia, co z kolei pozwoliło mi na zrealizowanie kilku projektów, nad którymi nie miałam szans się pochylić w stanie kompletnego zaćpania. Spełniłam swoje marzenie i zrobiłam upragnione prawo jazdy. Zaczęłam regularnie prowadzić samochód i odkryłam, jak terapeutycznie działa na mnie jazda. Przestałam się ciągle frustrować, wściekać o wszystko i obwiniać innych za to, co mnie spotyka. Bo nie czarujmy się - jednostka uzależniona rzadko potrafi przyznać się do porażek i własnych błędów, a za swoją fatalną sytuację wini innych ludzi lub sploty okoliczności.

Dzisiaj, choć wciąż w trzeźwości dopiero raczkuję, cieszę się z podjętej decyzji o zmianie swojego życia. Chodzę regularnie na meetingi, sięgnęłam na nowo po książki poświęcone psychologii i zmianie sposobu myślenia na bardziej pozytywne oraz zgłębiające kwestie zmieniania charakteru na lepsze.

Czy tęsknię do brania? Z ulgą mogę wreszcie powiedzieć: NIE. Na myśl, że miałabym sięgnąć w ciągu dnia po tabletkę, robi mi się słabo i ogarnia mnie przerażenie. I tak długo, jak będę odczuwała ten stan podczas myślenia o Zolpicu, który był kiedyś podstawą mojego życia, tak długo mogę być o siebie w miarę spokojna. Ale nie mogę tracić czujności, bo wiem, że łatwo jest pomyśleć sobie "Wydarzyło się coś tak stresującego, więc wezmę tylko tę jedną tabletkę i koniec". Bo na jednej niestety się nie kończy, o ile nie stosuje się leku zgodnie z zaleceniem lekarza (czyli  1 przed snem, nie dłużej niż 3 tygodnie). A wpadnięcie w kolejny ciąg to ostatnia rzecz, jakiej mogłabym chcieć. Mam teraz przed sobą sporo wyzwań na różnych gruntach, ale jednocześnie marzeń i planów, których nie pozwolę sobie zaprzepaścić poprzez własną głupotę. Wystarczy, że robiłam to regularnie przez długie lata.