Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 21 marca 2016

Walczysz z uzależnieniem? Masz prawo do dumy!

Zauważyłam (także po sobie), że na początku walki z nałogiem (alkohol, leki), odczuwa się przede wszystkim wstyd. Wstyd, że w ogóle się w uzależnienie wpadło, że pod wpływem gorzały czy prochów robiło się rzeczy, które na trzeźwo w życiu by nie przyszły człowiekowi do głowy. Ale powiedzmy sobie szczerze - to, że wreszcie dostrzegło się popełnione błędy i rozpoczęło walkę z używkami, to powód przede wszystkim do dumy.

gotowość do walki

Zanim jednak zaczniemy czuć zadowolenie z podjętej decyzji o zerwaniu z nałogiem i czuć słodki ucisk laurowego wieńca na skroniach, odpowiedzmy sobie na pytanie: czy poza postanowieniem poprawy zaczęliśmy działać? Sama decyzja to już coś, ale bez idących za nią czynów, niewiele ona znaczy. Jeśli mówimy sobie "Czas coś z tym zrobić", to nie oszukujmy się - samo stwierdzenie nie wystarczy, bo samo się za nas nic nie zrobi.

W AA niedawno usłyszałam świetną wypowiedź, która idealnie opisała ten problem. Jeden z uczestników wspomniał, że modlił się do Boga o to, by przestać pić. I irytował się, że jego modlitwy są zupełnie nieskuteczne - do czasu, aż uświadomił sobie, że to nie Bóg ma przestać pić, tylko on sam. Przecież to nie Bóg wlewał w niego kolejną butelkę wódki. Prosić Siłę Wyższą o wsparcie zatem warto (wiara, że Ktoś potężniejszy czuwa nad nami, daje bardzo wiele), ale nie należy oczekiwać, że prośba rozwiąże nasz problem i obudzimy się pewnego pięknego dnia kompletnie wolni od potrzeby picia/brania, o ile nie włożymy w to bodaj odrobiny wysiłku.

Gdy jednak już decyzja zostanie podjęta i zaczniemy działać: odsuwać od siebie myśli o alkoholu, ograniczać liczbę przyjmowanych medykamentów, odpuszczać sobie wędrówki do monopolowego, względnie kolejną rundę biegania po lekarzach i żebrania o recepty, to zrobiliśmy pierwszy krok. I tak, możemy być z siebie dumni! Choć może być ciężko, mogą zdarzać się nam wpadki, to jeśli tylko po każdej z nich wrócimy na obrany wcześniej kurs (umocnieni w pragnieniu pożegnania nałogu raz na zawsze) - nie ma powodu do tracenia wiary. Wręcz przeciwnie. Absolutnie nie możemy po porażce uznać, że jesteśmy zbyt słabi, że to się nam nie uda - takie destrukcyjne myślenie wepchnie nas na nowo w szpony nałogu z jeszcze większą mocą. I następna próba wyjścia na prostą będzie znacznie trudniejsza.

Cieszmy się więc każdym sukcesem. Każdym dniem bez gorzały, każdą tabletką na dobę mniej. Dzielmy swoją radość z walki z nałogiem z innymi trzeźwiejącymi, rozmawiajmy o tym z terapeutą - nie wstydźmy się zadowolenia z tego, że udało nam się odnieść choć częściowy sukces. Będzie nas to budowało, umacniało w wierze w możliwość całkowitego wyzdrowienia. A że alkoholicy i lekomani to jednostki ambitne i uparte, jest bardzo prawdopodobne, że każdy kolejny dzień będzie dla nas podnoszeniem sobie poprzeczki i wyzwaniem. Nie piję dzień, dwa, super - trzeci też wytrzymam! Zmniejszyłem/am dawkę Zolpidemu (względnie innego świństwa) z 15 tabletek na dobę do 5? Rewelacja! Zmniejszę do 4, do 3 (pamiętając, że redukcja leków powinna odbywać się pod kontrolą lekarza!!!). Jednym słowem - dam radę! Takie nastawienie i pozytywne myślenie oraz duma ze swoich osiągnięć, dodadzą skrzydeł i pozwolą łagodniej przejść przez ten najtrudniejszy czas - początek trzeźwienia. Bądźmy więc z siebie dumni, cieszmy się każdym sukcesem i nie linczujmy za porażkę, jeśli się nam przytrafi. Jesteśmy tylko ludźmi. Grunt, to zawsze podnieść się, otrzepać i wrócić na obraną drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz