Szukaj na tym blogu

czwartek, 19 listopada 2015

Zolpic i alkohol a depresja

Coś tam już przebąkiwałam na ten temat. A konkretnie, że alkohol wpływa na człowieka w sposób nasilający objawy depresyjne i nawet jednostki, które używają go w celach rozweselających, na dłuższą metę fundują sobie ryzyko zachorowania na tę mało przyjemną chorobę. Natomiast dopiero wczoraj odkryłam jeszcze jedną rzecz, która znakomicie obrazuje rozmiar mojego kompletnego skretynienia, które - najwyraźniej - pomimo potężnej redukcji dawki Zolpica, dotarło do mnie z kolosalnym opóźnieniem.

skołowanie
Mniej więcej taki widok musiałam zaprezentować wczoraj, gdy opadło ze mnie kompletne zidiocenie własne

Skretynieniem własnym postanowiłam się z Szanownymi Czytelnikami podzielić i to bynajmniej nie z uwagi na jakieś zapędy masochistyczne, ale z cichą nadzieją, że ktoś wyciągnie wnioski z mojej głupoty i uniknie własnych błędów ucząc się na moich.

Do rzeczy. Jak już pisałam wielokrotnie, od lat choruję na depresję. Przez te lata kombinowano ze mną szaleńczo i dobierano mi rozmaite preparaty. Po niektórych niemal zeszłam z tego świata, inne jakoś szybko przestawały działać. No, oporna byłam na leczenie. Ale duża polka zaczęła się kilka lat temu, kiedy to do własnego psychiatry chodziłam narzekając na ciągłą apatię, brak energii i ogólny stan mocno zbliżony do zombiezmu (zapewne nie istnieje takie słowo, ale chyba wszyscy wiedzą o co chodzi).

Dobry Boże, co za oślica ze mnie była niewyobrażalna! No jasne, że cierpiałam na apatię (w porównaniu do której obecne stany zniechęcenia życiem są w ogóle niegodne wspominania), że snułam się po domu w charakterze nieboszczyka, a wyciągnięcie mnie gdziekolwiek w celach rozrywkowych graniczyło z cudem. Prawdopodobnie mogłabym w owym czasie być pojona litrami kofeiny i rezultat byłby taki sam, jak po lekach przeciw depresji. Jak ja mogłam prezentować sobą choćby cień poprawy, jak mogłam odzyskać energię, skoro non-stop chodziłam nafaszerowana lekami uspokajającymi?!

Wcześniej to skojarzenie mi nie zaświtało ponieważ wmówiłam sama w siebie, że skąd, Zolpidem (pochłaniany przeze mnie w postaci Zolpica) daje mi kopa, energię i poprawia samopoczucie. A g.... no, gucio znaczy. Owszem, początkowo większe dawki rzeczywiście działały na mnie pobudzająco - nie jest wykluczone, że podobnie jak jakieś narkotyki, których, chwalić Boga, nie postanowiłam nigdy spróbować. Ale potem? Nawet na coraz wyższych dawkach pozostawało jedynie zobojętnienie na problemy własne i otaczającego mnie świata. Energia zaczęła zdychać i świńskim truchtem oddaliła się w kierunku horyzontu. A ja wciąż wmawiałam sobie, że tylko Zolpic pozwala mi w ogóle wstać z łóżka i funkcjonować!

Z powyższego widać, że umysł lekomana zdolny jest do rzeczy potężnych. Na ogół, no i w innych tematach, prezentuję raczej przeciętne rozgarnięcie, wykazuję tzw. zdrowy rozsądek i raczej nie myślę o sobie jako o kompletnej i nieporadnej idiotce. W kwestii leków? Hohoho! Kretynizm we mnie rozkwitał, logika nie miała szans w starciu z własnymi wyobrażeniami i stąd się wzięło moje durne przekonanie, że ja chyba cierpię na jakąś odporną na wszelkie specyfiki depresję. I dopiero wczoraj, gdy prezentowałam wigor jak na mnie nietypowy, zapaliła się w mojej głowie żaróweczka, a zniecierpliwiona dusza zaprezentowała mi ogrom własnej głupoty. No bo niby skąd ten wigor? Zolpic się ze mnie wypłukuje, leki antydepresyjne mają wreszcie coś "do powiedzenia", zaczynają działać jak należy i światełko w tunelu prowadzącym do wyzdrowienia, zamigotało mi wreszcie jakoś wyraźniej.

I w tym miejscu apeluję do wszystkich, którzy leki uspokajające lub nasenne usiłują brać "dla kopa" (a że są tacy, wiem znakomicie). Odpuśćcie, bo efekt ten można osiągnąć przez jakieś kilka tygodni, a potem zwiększanie dawek to już prosta droga do lekomanii i kompletnego ogłupienia. Czego jestem najznakomitszym na świecie przykładem.

1 komentarz:

  1. w jakim jestes wieku i ile lat w tym "koktajlu" tkwisz?

    OdpowiedzUsuń