Szukaj na tym blogu

piątek, 6 listopada 2015

Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności

Tytuł dzisiejszego wpisu to fragment Dezyderaty autorstwa Maksa Ehrmanna, utworu czytanego na wielu meetingach AA. I nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, zawartym w tym właśnie fragmencie. Ale ze znużenia i samotności, rodzić się mogą nie tylko obawy. Także - uzależnienia.

samotna kobieta

W poprzednim wpisie Poznaj swojego wroga, wspomniałam o kilku czynnikach, które mogą wpędzić człowieka w chorobę alkoholową lub lekomanię. Wspomniałam również o tym, że rozpoznanie własnego wroga bardzo mi się nie spodobało, ale cóż - nie było go na tamtej liście. Moim wrogiem okazała się samotność.

"Samotność w tłumie" - czy jest możliwa? Jak najbardziej. Od wielu lat, pomimo otaczania się ludźmi (w szkole, w pracy, w domu) czułam się samotna. Szczególnie jednak odczułam to w ostatnich pięciu (teraz już prawie sześciu) latach, kiedy to na głowę zwaliło mi się mnóstwo bolesnych spraw związanych ze zdrowiem najbliższych mi osób. Dla uspokojenia, brałam tabletki. Potem - dla zagłuszenia samotności. 

Choć wszystko wróciło do względnej normy, pewnego dnia poczułam przejmującą samotność. Pomimo tego, że wokół mnie byli inni ludzie. Ale zajęci innymi sprawami. Czułam, że ci, którzy kiedyś byli ze mną bardzo blisko, teraz odsunęli mnie gdzieś daleko, tak jakbym praktycznie nie istniała. I to dlatego zaczęłam uciekać w alkohol i leki. Wolałam nie dopuszczać do siebie myśli, że tak właśnie może się dziać. Że zostałam zastąpiona innymi rzeczami, osobami, że jestem już niepotrzebna. Działo się źle, ale zamiast stawić temu czoła - uciekłam w używki.

To właśnie rosnące z dnia na dzień poczucie samotności sprawiło, że kompletnie zatraciłam się w alkoholu i Zolpidemie. To samotność, potężnie dopingowana uzależnieniem, doprowadziła do wielu sytuacji, których żałuję, ale cofnąć nie mogę. Czy to był krzyk rozpaczy, wołanie o pomoc, desperackie wołanie "Jestem tu! Niech to ktoś wreszcie zobaczy!"? Może. Ale upragniony efekt nie został osiągnięty (bo i nie takimi zachowaniami powinno się dążyć do tego, by ktoś wreszcie dostrzegł, co się ze mną dzieje). A ja pogrążałam się coraz bardziej, z każdym kolejnym zapiciem dochodząc do wniosku, że nic tu już po mnie. Że skoro teraz jestem aż tak zbędna, to po moim odejściu z tego świata mało kto uroniłby łzę. Wręcz przeciwnie - może wreszcie najbliższe mi osoby, które przestały mnie dostrzegać, odetchnęłyby z ulgą i ułożyły sobie życie na nowo?

Takie myślenie, wspomagane przez alkoholowy ciąg wspomagany lekami, doprowadziło u mnie do próby samobójczej. Od połknięcia kolejnego opakowania tabletek powstrzymało mnie przypomnienie, że jednej osobie jestem jeszcze coś winna i nie mogę się "wymeldować", dopóki nie załatwię tej jednej sprawy.

Było to w lutym tego roku. Jak widać, żyję do dzisiaj, sprawę załatwiłam, ale na szczęście odstawiłam alkohol i choć czasem powracały myśli o odebraniu sobie życia, to nie wcielałam ich w czyn. W czerwcu wzięłam się za siebie ostrzej, alkoholu wciąż nie tykam, a Zolpidem ograniczyłam praktycznie do zera (wczoraj pierwszy raz od lat zasnęłam bez tego parszywca).

Czy jest łatwiej? Nie będę kłamać i pisać, jak to jest różowo i teraz to już "z górki". Jest ciężko. Miewam głody alkoholowe. W chwilach roztrzęsienia myślę o sięgnięciu po tabletkę. Są dni (takie jak dziś), kiedy jestem kompletnie rozklekotaną jednostką, z chaosem w głowie i całym wnętrzu. I nie oszukuję się, że to lada chwila przejdzie. Będą dni lepsze i gorsze. Nałóg trwał zbyt długo, by otrząsnąć się z niego w tydzień czy miesiąc. Wiem, że będą groziły mi nawroty, a głody alkoholowe i lekowe będą mi towarzyszyć.

Ale rozpoznałam swojego wroga, prawda? I teraz już dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że muszę unikać tego przytłaczającego uczucia samotności, bez względu na to czy siedzę faktycznie sama w czterech ścianach, czy też wśród innych ludzi. I wiem, że samotna nie czuję się na meetingach. Choć początkowo nie rozumiałam, dlaczego jest mi tam tak dobrze, teraz już wiem. Tam jestem sobą. Wśród swoich. I tam nie czuję się samotna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz