Szukaj na tym blogu

środa, 25 listopada 2015

Uzależnienie to zniewolenie

I koniec kropka. Z perspektywy czasu dostrzegam, że alkohol czy leki, które były dla mnie jeszcze nie tak dawno temu podstawą egzystencji, odbierały i utrudniały mi wszystko - nie tylko życie prywatne czy zawodowe. Ale przede wszystkim odbierały mi wolność.

kobieta w kajdankach

Oczywiście przez długi czas pijąc piwo/wino czy biorąc Zolpic, czułam się wyluzowana, swobodna, pozbawiona kontroli i ograniczeń. Mówiąc krótko - wolna. Ale dzisiaj wiem (a i wcześniej powinno to dotrzeć do mojej pustej łepetyny), jak pozorna była ta swoboda. I jak potwornie ograniczało mnie moje uzależnienie.

Pomijam już aspekty finansowe (a na leki/lekarzy/alkohol wydawałam dużo, ostatecznie z nieba mi te specyfiki nie spadały, ani też nikt nie rozsiewał ich po chodniku gestem siewcy - tak, że pozostawało tylko latać z ogłupiałym wyrazem pyska i zbierać). Ale dodatkowo:
  • utrudniały relacje z innymi ludźmi;
  • utrudniały pracę zawodową;
  • uniemożliwiały realizację swoich marzeń i pasji (już widzę, jak nawalona niczym ruski plecak, wskakuję za kierownicę samochodu, względnie wybieram się na jakiekolwiek zajęcia do szkoły muzycznej);
  • sprawiały, że żyłam dla brania/picia, choć zdawało mi się, że biorę i piję, żeby żyć.

Trudno mówić o wolności, gdy czuje się jakikolwiek przymus, prawda? A uzależnienie to właśnie przymus - picia, brania, wrzucania kolejnych banknotów w "paszczę" automatu pokerowego i tym podobne i tak dalej. Zastanawiające, że alkoholicy i lekomani, z natury protestujący ogniście przeciwko jakiemukolwiek przymusowi, są w stanie (początkowo bezwiednie) poddać się sile nałogu.

Ciągłe:
  • myślenie o piciu/braniu;
  • kombinowanie kiedy i ile wypije się piw/weźmie tabletek;
  • obsesyjne kontrolowanie zapasu trunków/opakowań;
  • w przypadku braku ulubionego środka, wpadanie w panikę i olewanie praktycznie wszystkich kwestii życiowych, poza jedną - skombinowanie alkoholu/leku, jak najszybciej, na teraz, na już!

Gdzie w tym wolność?! Jak już wspomniałam na początku - w fazie zaprzeczania temu, że jest się uzależnionym, ma się klapki na oczach i nie dostrzega tego, że straciło się całkowitą kontrolę nad swoim życiem i że funkcjonuje się "pod dyktando" swojego nałogu. Myśli się tylko "potrzebuję, muszę, bez tego sobie nie poradzę" - ale nie kojarzy się to na tym etapie z ograniczeniem własnej wolności. Dopiero z czasem przychodzi refleksja i zrozumienie, że zostało się przez swoje uzależnienie absolutnie zniewolonym. Że dla alkoholu/leków/narkotyków/hazardu itp. odepchnęło się od siebie bliskich, własne obowiązki, własne prawdziwe potrzeby i marzenia.

Ważne, by w tym dzikim pędzie za upragnioną gorzałą czy tabletką, zatrzymać się na chwilę (wystarczająco długą), by pomyśleć "Co się ze mną dzieje? Co ta potrzeba picia/brania ze mną robi? Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?". Jeśli takie pytania się zrodzą, to jest to już dobra informacja - że zaczyna się dostrzegać zagrożenie (jedno z wielu), jakie niosą ze sobą nałogi. I jeśli tylko wystarczy sił, by na te pytania odpowiedzieć sobie "Nie chcę, by moje życie było kontrolowane przez uzależnienie. Chcę odzyskać nad nim kontrolę" - okażemy się gotowi do wykonania pierwszego kroku w kierunku wyzdrowienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz