Szukaj na tym blogu

niedziela, 29 listopada 2015

Głód lekowy

Zmaga się z nim chyba większość jednostek odstawiających leki, a także tych osób, które leków nie biorą już od wielu miesięcy, a czasem lat. Z biegiem czasu owo paskudztwo traci na sile, ale czym się ono objawia w pierwszych tygodniach i miesiącach, kiedy to stopniowo redukujemy dawki?

cierpienie


Jak zawsze pisać będę o własnych doświadczeniach, więc nie wszystkie sygnały, które wysyła mój organizm, muszą pokrywać się z odczuciami innych. Ale myślę, że część z nich wszyscy lekomani mają wspólną. 

U mnie pojawiają się następujące symptomy świadczące o tym, że zaczyna być niefajnie:
  • apatia (ogólna niechęć do zrobienia czegokolwiek);
  • myśli o leku (tu kłania się wbijane przez wiele miesięcy do głowy hasło "Jak nie weźmiesz, to się rozsypiesz");
  • ból głowy;
  • lęk - kompletnie nie powiązany z jakąś konkretną sytuacją (pytanie czy to objaw mojej nerwicy, efekt głodu lekowego czy może oba?);
  • przyspieszona akcja serca, poty;
  • nieprzyjemne wrażenie, że kręci mi się w głowie;
  • coraz silniejsza chęć sięgnięcia po tabletkę (z powoli wyłączającym się rozsądnym myśleniem, które jasno mówi "To niczego nie rozwiąże, bo doznana ulga będzie pozorna, a jak wezmę tę jedną, to za nią poleci kolejna");
  • panika (chęć "ucieczki od samej siebie");
  • obsesyjne myślenie o leku.

W przypadku silnego głodu lekowego przestaje działać część mechanizmów, które wypracowałam, by nie myśleć o uzależnieniu. Odpada mi jakiekolwiek zajęcie wymagające koncentracji (na przykład praca). Odpada śpiewanie (nie mam na nie ochoty i już sam ten fakt utwierdza mnie w przekonaniu, że jest bardzo, bardzo źle).

Pozostaje:
  • walnięcie się spać (o ile jest weekend i mogę sobie pozwolić na przespanie kilku godzin w ciągu dnia);
  • zmuszenie się do wyjścia z domu (na jak najdłużej - wczoraj np. poszłam na bilard, na obiad na mieście, wróciłam oczywiście piechotą);
  • telefon do sponsora/sponsorki lub przyjaciela z AA/AN/AL;
  • w przypadku braku kontaktu do kogoś ze Wspólnoty, telefon do dobrego znajomego/znajomej;
  • rzucenie się w wir pracy fizycznej (sprzątanie mieszkania, odkurzanie, mycie naczyń, szorowanie podłóg), która pozwala się zmęczyć, wydzielić nieco endorfin i przygłuszyć głód lekowy.

W sytuacji, w której niemal "wychodzę z siebie", bo tak mi źle na ciele i duszy, że nie mogę ze sobą wytrzymać, wybieram najczęściej opcję wyjścia na miasto. Zmusza mnie to do zrobienia porządku z głową, ubraniem (nie będę wszak wałęsać się po klubie bilardowym w charakterze skrzyżowania menela ze strachem na wróble), wyjściem do miejsca, w którym leki nie są mi dostępne. I zmusza do skoncentrowania na tym, co mam do zrobienia - czy to wspomniana już gra w bilard, czy to zakupy czy jeszcze coś innego.

Po powrocie do domu czasem głód lekowy odpuszcza, czasem pojawia się na nowo, ale znacznie już słabszy. Można zatem jakoś zagryźć zęby i dotrwać do nocy, pamiętając, że każdy kolejny tydzień na mniejszej dawce (lub już zupełnie bez prochów), będzie minimalnie łatwiejszy od poprzedniego. Najważniejsze, to nie zamykać się w czterech ścianach i nie poddawać się poczuciu beznadziei, bo wtedy zwiększa się ryzyko sięgnięcia po lek, który tylko sprawę skomplikuje, zamiast ją ułatwić. Wyjątek stanowi przymusowe zażycie tabletki, które ustalone zostało z psychiatrą i wiąże się ze zmniejszaniem dawek. Wtedy jasne, lek trzeba wziąć, ale pamiętając, że kolejna tabletka jest dla nas absolutnie zakazana, aż do nadejścia pory na kolejną - zgodnie z zaleceniem lekarza!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz