Szukaj na tym blogu

sobota, 7 listopada 2015

Co po odstawieniu leków i alkoholu?

No właśnie. Przyzwyczajenie to wszak druga natura człowieka. A nie ma co ukrywać - alkoholik czy lekoman do butelki wina czy tabletek, przyzwyczaił się przez miesiące (częściej lata) całkiem solidnie. Ulubiony napój czy ukochana tabletka potrafiły wypełnić mu cały dzień. Po zerwaniu z uzależnieniem wiele osób odczuwa pustkę, dezorientację, a co gorsza ma wrażenie, że utraciło jakąś "cząstkę siebie". Nic więc dziwnego, że tę pustkę usiłuje jakoś sobie zapełnić.

rezygnacja z nałogów

Metod na poradzenie sobie w nowej, trzeźwej rzeczywistości, poznałam mnóstwo - głównie dzięki wymienianym na meetingach doświadczeniom. I nie ma co ukrywać, także dzięki doświadczeniom własnym.

Przejdźmy zatem do rzeczy. Alkohol i/lub tabletki poszły w odstawkę. Rany boskie, co teraz? Konsumowało się to na litry i tony, dzień układało pod picie lub branie, na sytuacje stresowe reagowało strzeleniem sobie kielicha lub zażyciem "uspokajacza". Teraz środki te są niedostępne i to z wyboru. Ale funkcjonować jakoś trzeba. Co zatem robić?

Mnóstwo (nie przesadzam, naprawdę mnóstwo) osób, zaczyna swoje problemy "zajadać", a używki zastępować słodyczami. "Do gry" wkraczają czasem papierosy. Jedna i druga metoda raczej średnio zdrowa, bo z otyłością wiążą się problemy (nie tylko gorzej człowiek czuje się psychicznie, bo własny wygląd jakoś tak przestaje mu pasować, ale zaczyna mu też grozić mało radosna cukrzyca, choroby serca i tym podobne ciekawostki). Papierosy? O ich szkodliwości tyle się pisało i pisze nadal, że nie będę powtarzać słów osób niewątpliwie ode mnie mądrzejszych. Lepiej zatem zrezygnować z tych sposobów zastąpienia sobie wcześniej stosowanych "metod na życie". Co nie oznacza, że jestem jakaś szalenie mądra i nie odwaliłam dokładnie tego, o czym pisałam powyżej. A jakże, słodycze rąbałam jak maszyna, a papierosy kopciłam jak parowóz. Z tym pierwszym rozstałam się po wejściu na wagę i ujrzeniu cyferek, które jakoś mało mi się spodobały i wywołały wręcz niesmak. Papierosy wciąż palę, choć staram się ograniczać - ze skutkiem zmiennym. Są dni lepsze, są gorsze. Na razie machnęłam na nie ręką, bo gdybym tak postanowiła rzucić wszystkie nałogi równocześnie, z pewnością osiągnęłabym tak potężny stres, że na nowo wdepnęłabym w wiadome guano. A do tego mi się wcale nie spieszy.

Dobrą metodą jest sensowne organizowanie sobie czasu. Zarówno pracy, jak i czasu wolnego. Zaplanowanie sobie całego dnia (już od samego rana), jest całkiem skuteczne. Ważne, by uwzględnić w nim:
  • pracę zawodową (najlepiej, by była ona absorbująca i poza czasem na wyskoczenie na jakieś śniadanie czy do, za przeproszeniem, wychodka, nie dysponowalibyśmy wolnym, które sprzyjałoby snuciu marzeń na jawie, w których występowałby w roli głównej alkohol albo np. Zolpidem);
  • czas przeznaczony na obowiązki domowe (gotowanie, sprzątanie, pranie, przesadzanie kwiatków - wszystko jedno, możemy nawet wpaść na pomysł malowania ścian i przestawiania mebli czy tworzenia własną ręką obrazów do powieszenia na ścianie);
  • wysiłek fizyczny (pomijam wspomniane wyżej, podane jako przykład, szaleństwa remontowe. Ale niechże to będą ćwiczenia w domu albo na siłowni, marsz - bez względu na pogodę, wyjście na zakupy - z których oczywiście nie przydygamy do domu żadnych trunków zawierających procenty);
  • czas dla siebie (relaksująca kąpiel, wieczór z książką w garści, wyjście na bilard/kręgle/do kina - co kto lubi).
Dopóki nie nauczymy się funkcjonować w nowej rzeczywistości, musimy zwyczajnie dbać o to, by nie mieć czasu na rozmyślanie o używkach. Dodatkowo jeśli solidnie się zmęczymy jest szansa, że łatwiej się nam uśnie. I proszę, kolejne 24 godziny przeleciały bez picia/zażywania psychotropów. Kolejne 24 godziny zatem rozpisujemy sobie równie intensywnie.

Jeśli mimo "zawalonych" obowiązkami dni wciąż tłuką się po nas głody (po mnie się tłuką, co tu będę kłamać), warto do powyższej listy dodać:
  • regularne dreptanie na meetingi dla osób uzależnionych;
  • terapię;
  • nowe hobby.
Staram się żyć zgodnie z tym wszystkim, co powyżej napisałam i pewnie byłoby mi łatwiej, gdyby nie depresja (niech szlag ją ciężki trafi, naprawdę życzę jej jak najgorzej), która potrafi przywalić mi solidną apatię sprawiającą, że z całego zaplanowanego dnia, jestem w stanie zrealizować może połowę. W lepsze dni - owszem, zapchany po dziurki do nosa dzień ułatwia mi wyrzucić z głowy myśli o tym, że "a może by tak sobie wziąć chociaż pół tabletki?".

Sposobów na radzenie sobie w nowym, trzeźwym życiu, jest pewnie tyle ilu trzeźwych alkoholików i lekomanów. Jeśli macie własne, które w Waszym przypadku działają jak złoto, podzielcie się nimi ze mną i z pozostałymi Czytelnikami w komentarzach. Będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz