Szukaj na tym blogu

niedziela, 29 listopada 2015

Głód lekowy

Zmaga się z nim chyba większość jednostek odstawiających leki, a także tych osób, które leków nie biorą już od wielu miesięcy, a czasem lat. Z biegiem czasu owo paskudztwo traci na sile, ale czym się ono objawia w pierwszych tygodniach i miesiącach, kiedy to stopniowo redukujemy dawki?

cierpienie


Jak zawsze pisać będę o własnych doświadczeniach, więc nie wszystkie sygnały, które wysyła mój organizm, muszą pokrywać się z odczuciami innych. Ale myślę, że część z nich wszyscy lekomani mają wspólną. 

U mnie pojawiają się następujące symptomy świadczące o tym, że zaczyna być niefajnie:
  • apatia (ogólna niechęć do zrobienia czegokolwiek);
  • myśli o leku (tu kłania się wbijane przez wiele miesięcy do głowy hasło "Jak nie weźmiesz, to się rozsypiesz");
  • ból głowy;
  • lęk - kompletnie nie powiązany z jakąś konkretną sytuacją (pytanie czy to objaw mojej nerwicy, efekt głodu lekowego czy może oba?);
  • przyspieszona akcja serca, poty;
  • nieprzyjemne wrażenie, że kręci mi się w głowie;
  • coraz silniejsza chęć sięgnięcia po tabletkę (z powoli wyłączającym się rozsądnym myśleniem, które jasno mówi "To niczego nie rozwiąże, bo doznana ulga będzie pozorna, a jak wezmę tę jedną, to za nią poleci kolejna");
  • panika (chęć "ucieczki od samej siebie");
  • obsesyjne myślenie o leku.

W przypadku silnego głodu lekowego przestaje działać część mechanizmów, które wypracowałam, by nie myśleć o uzależnieniu. Odpada mi jakiekolwiek zajęcie wymagające koncentracji (na przykład praca). Odpada śpiewanie (nie mam na nie ochoty i już sam ten fakt utwierdza mnie w przekonaniu, że jest bardzo, bardzo źle).

Pozostaje:
  • walnięcie się spać (o ile jest weekend i mogę sobie pozwolić na przespanie kilku godzin w ciągu dnia);
  • zmuszenie się do wyjścia z domu (na jak najdłużej - wczoraj np. poszłam na bilard, na obiad na mieście, wróciłam oczywiście piechotą);
  • telefon do sponsora/sponsorki lub przyjaciela z AA/AN/AL;
  • w przypadku braku kontaktu do kogoś ze Wspólnoty, telefon do dobrego znajomego/znajomej;
  • rzucenie się w wir pracy fizycznej (sprzątanie mieszkania, odkurzanie, mycie naczyń, szorowanie podłóg), która pozwala się zmęczyć, wydzielić nieco endorfin i przygłuszyć głód lekowy.

W sytuacji, w której niemal "wychodzę z siebie", bo tak mi źle na ciele i duszy, że nie mogę ze sobą wytrzymać, wybieram najczęściej opcję wyjścia na miasto. Zmusza mnie to do zrobienia porządku z głową, ubraniem (nie będę wszak wałęsać się po klubie bilardowym w charakterze skrzyżowania menela ze strachem na wróble), wyjściem do miejsca, w którym leki nie są mi dostępne. I zmusza do skoncentrowania na tym, co mam do zrobienia - czy to wspomniana już gra w bilard, czy to zakupy czy jeszcze coś innego.

Po powrocie do domu czasem głód lekowy odpuszcza, czasem pojawia się na nowo, ale znacznie już słabszy. Można zatem jakoś zagryźć zęby i dotrwać do nocy, pamiętając, że każdy kolejny tydzień na mniejszej dawce (lub już zupełnie bez prochów), będzie minimalnie łatwiejszy od poprzedniego. Najważniejsze, to nie zamykać się w czterech ścianach i nie poddawać się poczuciu beznadziei, bo wtedy zwiększa się ryzyko sięgnięcia po lek, który tylko sprawę skomplikuje, zamiast ją ułatwić. Wyjątek stanowi przymusowe zażycie tabletki, które ustalone zostało z psychiatrą i wiąże się ze zmniejszaniem dawek. Wtedy jasne, lek trzeba wziąć, ale pamiętając, że kolejna tabletka jest dla nas absolutnie zakazana, aż do nadejścia pory na kolejną - zgodnie z zaleceniem lekarza!

środa, 25 listopada 2015

Uzależnienie to zniewolenie

I koniec kropka. Z perspektywy czasu dostrzegam, że alkohol czy leki, które były dla mnie jeszcze nie tak dawno temu podstawą egzystencji, odbierały i utrudniały mi wszystko - nie tylko życie prywatne czy zawodowe. Ale przede wszystkim odbierały mi wolność.

kobieta w kajdankach

Oczywiście przez długi czas pijąc piwo/wino czy biorąc Zolpic, czułam się wyluzowana, swobodna, pozbawiona kontroli i ograniczeń. Mówiąc krótko - wolna. Ale dzisiaj wiem (a i wcześniej powinno to dotrzeć do mojej pustej łepetyny), jak pozorna była ta swoboda. I jak potwornie ograniczało mnie moje uzależnienie.

Pomijam już aspekty finansowe (a na leki/lekarzy/alkohol wydawałam dużo, ostatecznie z nieba mi te specyfiki nie spadały, ani też nikt nie rozsiewał ich po chodniku gestem siewcy - tak, że pozostawało tylko latać z ogłupiałym wyrazem pyska i zbierać). Ale dodatkowo:
  • utrudniały relacje z innymi ludźmi;
  • utrudniały pracę zawodową;
  • uniemożliwiały realizację swoich marzeń i pasji (już widzę, jak nawalona niczym ruski plecak, wskakuję za kierownicę samochodu, względnie wybieram się na jakiekolwiek zajęcia do szkoły muzycznej);
  • sprawiały, że żyłam dla brania/picia, choć zdawało mi się, że biorę i piję, żeby żyć.

Trudno mówić o wolności, gdy czuje się jakikolwiek przymus, prawda? A uzależnienie to właśnie przymus - picia, brania, wrzucania kolejnych banknotów w "paszczę" automatu pokerowego i tym podobne i tak dalej. Zastanawiające, że alkoholicy i lekomani, z natury protestujący ogniście przeciwko jakiemukolwiek przymusowi, są w stanie (początkowo bezwiednie) poddać się sile nałogu.

Ciągłe:
  • myślenie o piciu/braniu;
  • kombinowanie kiedy i ile wypije się piw/weźmie tabletek;
  • obsesyjne kontrolowanie zapasu trunków/opakowań;
  • w przypadku braku ulubionego środka, wpadanie w panikę i olewanie praktycznie wszystkich kwestii życiowych, poza jedną - skombinowanie alkoholu/leku, jak najszybciej, na teraz, na już!

Gdzie w tym wolność?! Jak już wspomniałam na początku - w fazie zaprzeczania temu, że jest się uzależnionym, ma się klapki na oczach i nie dostrzega tego, że straciło się całkowitą kontrolę nad swoim życiem i że funkcjonuje się "pod dyktando" swojego nałogu. Myśli się tylko "potrzebuję, muszę, bez tego sobie nie poradzę" - ale nie kojarzy się to na tym etapie z ograniczeniem własnej wolności. Dopiero z czasem przychodzi refleksja i zrozumienie, że zostało się przez swoje uzależnienie absolutnie zniewolonym. Że dla alkoholu/leków/narkotyków/hazardu itp. odepchnęło się od siebie bliskich, własne obowiązki, własne prawdziwe potrzeby i marzenia.

Ważne, by w tym dzikim pędzie za upragnioną gorzałą czy tabletką, zatrzymać się na chwilę (wystarczająco długą), by pomyśleć "Co się ze mną dzieje? Co ta potrzeba picia/brania ze mną robi? Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?". Jeśli takie pytania się zrodzą, to jest to już dobra informacja - że zaczyna się dostrzegać zagrożenie (jedno z wielu), jakie niosą ze sobą nałogi. I jeśli tylko wystarczy sił, by na te pytania odpowiedzieć sobie "Nie chcę, by moje życie było kontrolowane przez uzależnienie. Chcę odzyskać nad nim kontrolę" - okażemy się gotowi do wykonania pierwszego kroku w kierunku wyzdrowienia.

sobota, 21 listopada 2015

Czy to lekomania?

Na mojej skrzynce mailowej wylądowało kilka pytań związanych ściśle z tematem dzisiejszego wpisu. Nie będę tu przytaczać każdego z nich, po prostu zaprezentuję zestawienie tych zachowań, które świadczą o tym, że ma się do czynienia z uzależnieniem.

tabletki ukryte w kieszeni

Dla ułatwienia zestawienie podzielę na 3 kategorie i postaram się choć w skrócie omówić każdy punkt, bazując głównie na doświadczeniach własnych, ale także innych osób uzależnionych. I to nie tylko od leków, ale i np. alkoholu - jednostki uzależnione generalnie mają bardzo podobne zachowania, nawet jeśli dla jednego szczytem złudnego szczęścia jest szklanka wódki, a dla drugiego garść tabletek. Przejdźmy więc do konkretów.

1. Okłamywanie siebie:

Zaprzeczanie temu, że może się mieć problem z lekami - tłumaczyć to sobie można na setki sposobów.
  • Biorę, bo żyję w stresie; 
  • Biorę tylko leki przepisane przez lekarza, więc jak można mówić o uzależnieniu?;
  • Leki kupuję w aptece, bez recepty, więc nie mogę się uzależnić! (wpis o Solpadeine się kłania);
  • Biorę tylko tyle, ile każe mi lekarz (długotrwałe przyjmowanie leków nasennych i   
    uspokajających w dawkach "kontrolowanych" i tak może doprowadzić do tzw. uzależnienia 
    od dawki terapeutycznej);
  • Biorę, bo mi po tym lepiej, co w tym może być złego? (rozsądek podpowiada, że stosowana 
    w nadmiarze każda substancja chemiczna szkodzi, ale do osoby uzależnionej ten argument 
    nie dociera);
  • Wcale nie biorę tak dużo! Inni biorą więcej (popularne zaprzeczanie własnemu problemowi. To, że ktoś bierze czy pije więcej, nie oznacza, że trzeba osiągnąć jego "poziom", by się uzależnić);
  • Przecież mogę z tym w każdej chwili skończyć! (tyle, że końca nie widać);
  • Przestanę brać, jak będę mieć trochę lepszą sytuację życiową (życie tak już ma, że zwykle po wdepnięciu w jedno guano, wdeptujemy w drugie - i co wtedy? Brać do końca życia?).

2. Okłamywanie bliskich/znajomych
  • Wcale nie biorę/nie biorę za dużo;
  • W pełni to kontroluję, nie ma się czym przejmować;
  • To mi pomaga wyzdrowieć! (takie tłumaczenie podchodzi pod szantaż emocjonalny);
  • Tak, miałem/am problem, ale to już przeszłość; (mówi delikwent, a myślami już jest przy opakowaniu tabletek, względnie w ukochanym barze);
  • Idę do znajomego/znajomej/...... (w wykropkowane pole można wpisać masę innych   wymówek, po czym leci się po kolejne piwo/receptę/lek do apteki).
  • Ukrywanie leków/recept.

3. Zachowania występujące w chwili, w której "zapas" leków się kończy:
  • panika;
  • gonitwa myśli;
  • silna potrzeba NATYCHMIASTOWEGO załatwienia sobie leku;
  • obdzwanianie lekarzy różnych specjalizacji i opowiadanie bajek o urlopie swojego psychiatry, zagubionej recepcie i dopytywanie czy wystawią oni receptę na upragniony specyfik;
  • nieumiejętność skupienia uwagi na niczym innym, jak tylko na uzupełnieniu zapasu;
  • próby zdobycia leków "na lewo", manipulowanie bliskimi lub znajomymi, by poszli do lekarza i zamówili lek na siebie;
  • zachowania agresywne wobec otoczenia;
  • wybuchy złości, prowokowanie awantur;
  • uspokojenie dopiero w chwili wyjścia z apteki z opakowaniem leków w ręku.

Jak widać lista jest pokaźna, choć i tak każdy lekoman czy alkoholik mógłby do niej dorzucić przynajmniej parę własnych punktów. Jeśli powyższe zachowania lub odczucia są Wam bliskie, to owszem - warto przyjąć do wiadomości, że macie problem z lekami. I że warto zastanowić się nad tym, czy brnąć dalej w kłamstwa i żyć iluzją czy też lepiej zacząć walczyć z uzależnieniem. Oczywiście optuję za tą drugą opcją.

czwartek, 19 listopada 2015

Zolpic i alkohol a depresja

Coś tam już przebąkiwałam na ten temat. A konkretnie, że alkohol wpływa na człowieka w sposób nasilający objawy depresyjne i nawet jednostki, które używają go w celach rozweselających, na dłuższą metę fundują sobie ryzyko zachorowania na tę mało przyjemną chorobę. Natomiast dopiero wczoraj odkryłam jeszcze jedną rzecz, która znakomicie obrazuje rozmiar mojego kompletnego skretynienia, które - najwyraźniej - pomimo potężnej redukcji dawki Zolpica, dotarło do mnie z kolosalnym opóźnieniem.

skołowanie
Mniej więcej taki widok musiałam zaprezentować wczoraj, gdy opadło ze mnie kompletne zidiocenie własne

Skretynieniem własnym postanowiłam się z Szanownymi Czytelnikami podzielić i to bynajmniej nie z uwagi na jakieś zapędy masochistyczne, ale z cichą nadzieją, że ktoś wyciągnie wnioski z mojej głupoty i uniknie własnych błędów ucząc się na moich.

Do rzeczy. Jak już pisałam wielokrotnie, od lat choruję na depresję. Przez te lata kombinowano ze mną szaleńczo i dobierano mi rozmaite preparaty. Po niektórych niemal zeszłam z tego świata, inne jakoś szybko przestawały działać. No, oporna byłam na leczenie. Ale duża polka zaczęła się kilka lat temu, kiedy to do własnego psychiatry chodziłam narzekając na ciągłą apatię, brak energii i ogólny stan mocno zbliżony do zombiezmu (zapewne nie istnieje takie słowo, ale chyba wszyscy wiedzą o co chodzi).

Dobry Boże, co za oślica ze mnie była niewyobrażalna! No jasne, że cierpiałam na apatię (w porównaniu do której obecne stany zniechęcenia życiem są w ogóle niegodne wspominania), że snułam się po domu w charakterze nieboszczyka, a wyciągnięcie mnie gdziekolwiek w celach rozrywkowych graniczyło z cudem. Prawdopodobnie mogłabym w owym czasie być pojona litrami kofeiny i rezultat byłby taki sam, jak po lekach przeciw depresji. Jak ja mogłam prezentować sobą choćby cień poprawy, jak mogłam odzyskać energię, skoro non-stop chodziłam nafaszerowana lekami uspokajającymi?!

Wcześniej to skojarzenie mi nie zaświtało ponieważ wmówiłam sama w siebie, że skąd, Zolpidem (pochłaniany przeze mnie w postaci Zolpica) daje mi kopa, energię i poprawia samopoczucie. A g.... no, gucio znaczy. Owszem, początkowo większe dawki rzeczywiście działały na mnie pobudzająco - nie jest wykluczone, że podobnie jak jakieś narkotyki, których, chwalić Boga, nie postanowiłam nigdy spróbować. Ale potem? Nawet na coraz wyższych dawkach pozostawało jedynie zobojętnienie na problemy własne i otaczającego mnie świata. Energia zaczęła zdychać i świńskim truchtem oddaliła się w kierunku horyzontu. A ja wciąż wmawiałam sobie, że tylko Zolpic pozwala mi w ogóle wstać z łóżka i funkcjonować!

Z powyższego widać, że umysł lekomana zdolny jest do rzeczy potężnych. Na ogół, no i w innych tematach, prezentuję raczej przeciętne rozgarnięcie, wykazuję tzw. zdrowy rozsądek i raczej nie myślę o sobie jako o kompletnej i nieporadnej idiotce. W kwestii leków? Hohoho! Kretynizm we mnie rozkwitał, logika nie miała szans w starciu z własnymi wyobrażeniami i stąd się wzięło moje durne przekonanie, że ja chyba cierpię na jakąś odporną na wszelkie specyfiki depresję. I dopiero wczoraj, gdy prezentowałam wigor jak na mnie nietypowy, zapaliła się w mojej głowie żaróweczka, a zniecierpliwiona dusza zaprezentowała mi ogrom własnej głupoty. No bo niby skąd ten wigor? Zolpic się ze mnie wypłukuje, leki antydepresyjne mają wreszcie coś "do powiedzenia", zaczynają działać jak należy i światełko w tunelu prowadzącym do wyzdrowienia, zamigotało mi wreszcie jakoś wyraźniej.

I w tym miejscu apeluję do wszystkich, którzy leki uspokajające lub nasenne usiłują brać "dla kopa" (a że są tacy, wiem znakomicie). Odpuśćcie, bo efekt ten można osiągnąć przez jakieś kilka tygodni, a potem zwiększanie dawek to już prosta droga do lekomanii i kompletnego ogłupienia. Czego jestem najznakomitszym na świecie przykładem.

niedziela, 15 listopada 2015

Jak MĄDRZE odstawiać leki?

Lekomania jest groźna - nie ma co do tego wątpliwości. Każdy, kto decyduje się zerwać z nałogiem, niewątpliwie podejmuje słuszną decyzję. Warto jednak wiedzieć jak odstawić leki, by sobie nie zaszkodzić. Raptowne zredukowanie dawki, może być równie groźne, jak jej gwałtowne zwiększenie.

tabletki uspokajajające

Chyba każdy uzależniony, czy to alkoholik czy lekoman, ma w sobie coś co najlepiej określić mianem "oślego uporu". A także "ślepej ambicji". Nie przyjmuje do wiadomości takiej opcji jak porażka i często z tych cech razem wziętych, rodzi się u niego nałóg. Bo w każdej chwili może przestać, prawda? Gdy jednak dojdzie do wniosku, że faktycznie chce zerwać z uzależnieniem, typowe dla niego cechy znów dochodzą do głosu. Zrobić to raz a dobrze, szybko - lekomani i alkoholicy zwykle są niecierpliwi, chcą wszystko "na już". I na "już" chcą odzyskać trzeźwość. Tak się jednak nie da, zwłaszcza w przypadku substancji chemicznych, które powodują zmiany w mózgu, a do takich substancji zaliczają się choćby Xanax, Zolpic, leki z grupy beznodiazepin (np. Tranxene) czy leki przeciwdepresyjne.

Czego nie robić po podjęciu decyzji o zrezygnowaniu z używek?
  • Nie zgrywaj bohatera - nie musisz udowadniać całemu światu, że z nałogiem możesz zerwać z dnia na dzień. Nie musisz tego udowadniać także sobie. Chcesz wyzdrowieć - a to jest pierwszy, ważny krok.
  • Wykop ze swojego wnętrza "ośli upór" i "ślepą ambicję" - podejście w stylu "ja wam pokażę!" to prosta droga do zguby, jeśli prowadzić ma przez natychmiastowe zaprzestanie zażywania specyfików, dostarczanych organizmowi przez lata.
  • Nie walcz sam - jeśli Twoi bliscy odwrócili się od Ciebie ze względu na nałóg, idź do terapeuty, do grupy AA lub AN (a jeśli w Twoim mieście funkcjonuje grupa Anonimowych Lekomanów - skorzystaj z jej pomocy). Wspólnie łatwiej jest rozsądnie odstawić używki.
  • Nie wyrzucaj tabletek! - może się okazać, że tylko one zapobiegną fatalnym skutkom nagłego odstawienia.


Efekty radykalnego zaprzestania brania (podaję przykłady znajomych mi osób, które właśnie w ten sposób postanowiły zrezygnować z leków):

  • utrata przytomności i "wycieczka" do szpitala;
  • pojawiające się napady padaczkowe;
  • problemy żołądkowo-jelitowe - wrażenie zatrucia;
  • silna dezorientacja;
  • odrealnienie;
  • napady agresji;
  • napady paniki;
  • zachowania ryzykowne (próby samobójcze).

Jak bezpiecznie odstawiać leki? Opcji jest kilka:
  • w ośrodku leczącym uzależnionych - jest to dobre wyjście dla osób, których na taką terapię stać. Długość terapii uzależniona jest od indywidualnego przypadku. W ośrodku otrzymuje się wsparcie lekarza, psychologów, terapeutów. Tyle wiem z teorii, w praktyce nie mogłam skorzystać z tej formy leczenia, ponieważ jej koszty były, jak dla mnie, nie do przeskoczenia;
  • w szpitalu na oddziale dla osób uzależnionych;
  • długotrwała psychoterapia - koniecznie ze specjalistą od uzależnień;
  • szczera rozmowa z psychiatrą, który ustali tempo i czas redukowania dawek.

Ja skorzystałam z ostatniej opcji. Dowiedziałam się, czym grozi mi gwałtowne odstawienie Zolpica i nie za bardzo spodobała mi się wizja własnego zejścia z tego świata. Początkowo, jeszcze otumaniona chemią, chciałam oczywiście "możliwie szybko" zamknąć temat, zredukowałam dawkę o połowę i co odcierpiałam, to moje. Ale wyżyłam, jak widać na załączonym obrazku (zapewne dlatego, że nie rzuciłam wszystkiego w cholerę, a - przyznaję - zgubna myśl o wywaleniu tabletek do śmieci, chodziła mi po głowie). Potem, razem z psychiatrą, ustaliłam już sobie redukowanie tabletek w różnych odstępach czasu (1 mniej przez tydzień, potem kolejna 1 mniej przez dwa tygodnie itd.) - żeby organizm nie doznał szoku i stopniowo przyzwyczajał się do działania na mniejszych dawkach. Starałam się nie zastępować Zolpica innymi specyfikami i o każdy lek przepisywany przez psychiatrę, dopytuję ogniście - o ryzyko uzależnienia, o dawkowanie, o godziny brania i o to, kiedy będę mogła przestać ów lek brać. Tym sposobem udało mi się nie uzależnić od Tranxene (brałam tylko dwa tygodnie) ani Mirtagenu (biorę na noc, w najmniejszej dawce, nie codziennie).

Kluczem do sukcesu jest samodyscyplina. Wiedziałam, że jeśli przekroczę wyznaczony na dany okres limit i zeżrę choć pół tabletki więcej, cała zabawa zacznie się od początku. I nie będę kłamać, że zawsze się powstrzymywałam. Nie. Ale z uporem wracałam do ograniczania i pilnowania samej siebie. Proces się wydłużał, ale trwał.

Czy to znaczy, że jestem wybitnie silna? W życiu! Głód lekowy towarzyszy mi codziennie. Do obecnej dawki schodziłam od czerwca. Były to piekielnie trudne miesiące z wielu różnych względów, nie jeden raz się łamałam, nie jeden raz dobierałam i nie będę tu cytować słów, które wówczas wypowiadałam pod własnym adresem. Ale dzięki tym kilku porażkom, ze zwiększoną mocą dotarło do mnie, że nie ma innej drogi. Odstawianie stopniowe, trzymanie się wyznaczonych dawek, redukowanie pod okiem lekarza, przyznawanie mu się do każdej porażki - tylko pełna uczciwość wobec siebie i specjalisty, który pomaga mi wyjść na prostą, daje nadzieję na osiągnięcie sukcesu. Odstawianie na własną rękę i na "szybko" może mieć zgubne skutki. 

Dlatego zachęcam wszystkich gotowych do tego, by uwolnić się od nałogu, do poszukania opcji dla siebie. Szpital, ośrodek, terapia, psychiatra - jest na szczęście w czym wybierać. Grupy wsparcia dla osób uzależnionych pozwalają na podtrzymanie procesu stopniowego trzeźwienia. Opcji jest sporo, więc warto z nich skorzystać, zamiast porywać się na samotną walkę z wiatrakami.

sobota, 14 listopada 2015

Leki przeciwbólowe mogą uzależnić

Słyszałam o tym, owszem, obiła mi się o uszy nawet teoria iście spiskowa, że do najpopularniejszych leków uśmierzających ból, dodawane są celowo substancje uzależniające. Ile w tym rzeczywistych działań koncernów farmaceutycznych - nie wiem, ale dziś odkryłam ziarno prawdy w całej tej historii.

lek przeciwbólowy rozpuszczlny


Kiedyś czytałam ulotki, od jakiegoś czasu kompletnie mnie to nie zajmuje. Postanowiłam zaufać lekarzom i grzecznie biorę to, co jest mi przepisywane. Z drugiej strony, z uwagi na bóle głowy, które od czasu potężnego kopa, jakim wywaliłam ze swojego życia Zolpic (traktowany nie jako lek, ale "uprzyjemniacz" lub "ogłupiacz"), ratuję się lekami z apteki. Przeciwbólowymi. Żaden ipubrofen w grę nie wchodzi, bo gryzie się z tym, co biorę na depresję. Psychiatra westchnęła i stwierdziła, że pozostaje mi tylko paracetamol, w dowolnej postaci. No, dobre i to. Po Solpadeine faktycznie bóle głowy ustępowały (przynajmniej na kilka godzin), skutków ubocznych nie odnotowałam, aż tu na mnie spadła wieść, że lek ten zawiera kodeinę. Pozwolę sobie przytoczyć za Wikipedią:

Kodeina, metylomorfina (łac. Codeinum) – organiczny związek chemiczny z grupy alkaloidów fenantrenowych, wchodzący w skład opium (...).  Jest metylową pochodną morfiny, z niej chemicznie otrzymywaną, i wykazuje podobne działanie. Znosi odczuwanie bólu (w większych dawkach całkowicie), wywołuje euforię, senność, błogą apatię, wprowadza w stan niewrażliwości na przykre doznania, spowalnia perystaltykę żołądka i jelit, powoduje zanik odczuwania głodu.

I jeszcze:

Kodeina wywołuje uzależnienie zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Uzależnienie psychiczne rozwija się bardzo szybko, najczęściej w ciągu kilku lub kilkunastu dni w związku z chęcią przeżywaniu stanu, jaki daje kodeina. Uzależnienie fizyczne rozwija się w okresie około 6–12 miesięcy, po którym jej odstawienie powoduje typowe objawy zespołu abstynencyjnego: drażliwość, brak chęci do działania, problemy ze snem, bóle głowy i silną potrzebę zażycia narkotyku.

Rzuciłam okiem na opakowanie Solpadeiny, które mam pod ręką i którą stosuję, gdy ból jest już nie do wytrzymania, no i proszę - w jednej tabletce rozpuszczalnej znajduje się 8 mg fosforanu kodeiny. Po uważniejszym wczytaniu zauważyłam, że owszem, na opakowaniu znajduje się ostrzeżenie o uzależnieniu od tego specyfiku. Ale na Boga, taki lek może w aptece kupić każde dziecko! A i nie każdy dorosły, zwłaszcza w stanie silnego bólu, nie zasiada przecież w fotelu, by w skupieniu oddać się lekturze ulotki leku, tylko chwyta za szklankę z rozpuszczoną tabletką i czeka odpuszczenia bólu niczym zmiłowania Pańskiego. Lekarze i farmaceuci chyba wiedzą, co przepisują i sprzedają, może by więc rozwiązać problem wypisywaniem recept na takie preparaty? Chyba, że i w reszcie przeciwbólowych są substancje szkodliwe i uzależniające i wówczas mielibyśmy chaos, bo z każdym bólem głowy, nadwyrężonym mięśniem, bólami kręgosłupa itd. należałoby pędzić do lekarza po receptę. No, ktoś by się na tym z pewnością wzbogacił, ale co z resztą? Chyba zaczynam za bardzo zbliżać się do polityki, więc może zakończę ten fragment wywodu.

Wracając zatem do sedna. Pokopałam trochę głębiej, no i dowiedziałam się, że używanie Solpadeiny (podkreślam: stosowanej długotrwale, z wypięciem się na wskazania i ostrzeżenia zawarte w ulotce), może prowadzić do:
  • nasilenia stanów depresyjnych;
  • w łączeniu z lekami uspokajającymi i nasennymi, może nasilać ich działanie na ośrodkowy układ nerwowy.
  • wymiotów;
  • wysypki skórnej;
  • polekowego zapalenia wątroby (przy codziennym stosowaniu dawek przekraczających maksymalne, po paru latach).
Solpadeinę uważam za lek skuteczny, bo faktycznie potrafi poradzić sobie z moimi silnymi bólami głowy, ale pchanie się w kolejne uzależnienie, to nie jest szczyt moich marzeń. Chcąc nie chcąc muszę zatem wybrać się do sklepu, tfu, do apteki i uważnie przestudiować informacje znajdujące się na opakowaniach leków zawierających paracetamol. Może znajdę choć jeden, który można stosować dłużej niż 3 dni (uprzejmie przypominam, że organizm na odstawienie Zolpica zareagował serwując mi między innymi właśnie bóle głowy, utrudniające jakiekolwiek funkcjonowanie). Jeśli uda mi się znaleźć lek względnie bezpieczny, na pewno Was o tym poinformuję.

A Solpadeine? Spokojnie stosujcie, ale wyłącznie w sytuacjach kryzysowych. Jedna tabletka na dobę i ból odpuści. Przy nasilonych bólach, utrzymujących się dłużej, lepiej skonsultujcie sprawę z lekarzem. Bo jeśli nawet na opakowaniu producent przestrzega przed stosowaniem dłużej niż 3 dni, uzależnienie może rozkwitnąć w tempie naprawdę szybkim. A na to szkoda zdrowia.

piątek, 13 listopada 2015

Zolpidem - efekty odstawienia

Wypadałoby wreszcie poruszyć wątek związany z efektami odstawienia Zolpidemu, od którego jestem uzależniona długie lata. Pominę czas, kiedy brałam go stosunkowo niewiele (2 tabletki na noc) i odstawiłam na przestrzeni tego czasu dwukrotnie (owszem, zdarzyło się takie cudo). Skupię się na chwili obecnej, czyli czasie, w którym z tabletkami praktycznie udało mi się zerwać, po ciągu trwającym około 6 lat. Pisząc "ciąg" mam na myśli branie tego świństwa codziennie, od rana do nocy, w ilościach potwornych. Nie, nie pożerałam w ciągu dnia całego opakowania liczącego 20 tabletek, ale pod koniec tego "życia ćpunki" spokojnie dobijałam do 10 pigułek na dobę. Nie liczyłam nawet połykanej chemii, żarłam tabletki jak cukierki, więc ile dokładnie wyniósł mój niechlubny rekord, nie pomnę.


Z tej astronomicznej dawki zeszłam najpierw do tabletek ośmiu, potem czterech. Teraz zdarza mi się zasypiać już bez Zolpica, choć - co tu będę ściemniać - pomagam sobie innymi środkami, ale już pod ścisłą kontrolą lekarza. W ilości, cytuję "Bezpiecznej dla kota". Widać psychika odgrywa w tym bajzlu dużą rolę, bo daję radę na tym zasnąć - wystarczy świadomość, że wzięłam tabletkę. Oczywiście dążę do całkowitego wyeliminowania chemii ze swojego życia, ale wiem, że to proces długotrwały. Dlaczego?

Ano właśnie z uwagi na skutki uboczne.

Zanim zacznę je wymieniać przypomnę tylko, że cierpię z powodu dwóch uroczych przypadłości, mianowicie depresji i nerwicy. Lekoman/lekomanka, którzy poza uzależnieniem nie mają dodatkowych "chorób emocji", być może lżej będą przechodzić przez okres odstawiania Zolpidemu. U mnie niestety różowo nie jest, co objawia się następująco:
  • trudności z zasypianiem (a jakże mogłoby być inaczej? W końcu latami przyzwyczajałam organizm do tego, że usnąć mogę jedynie po Zolpicu i psychika uprzejmie sobie to odnotowała);
  • wczesne budzenie się i brak poczucia "wyspania";
  • kołatanie serca;
  • silne poty (tuż po przebudzeniu);
  • napady lęku (zawsze rano, później bywa rozmaicie, zależy to pewnie od masy czynników - od ilości stresu w pracy, aury panującej na zewnątrz, no i parszywej nerwicy, która czasem odpuszcza, a innym razem wytacza ciężkie działa);
  • problemy z koncentracją;
  • bóle głowy, utrzymujące się przez niemal cały dzień;
  • niepokój (nie należy go mylić z lękiem, o którym pisałam powyżej - niepokój po prostu siedzi sobie we mnie całą dobę i w ataki bliskie paniki przekształca się wedle własnych upodobań);
  • dezorientacja;
  • trzęsące się ręce (szczęśliwie nie non-stop, też zazwyczaj rano i w chwilach napadu lęku);
  • głód lekowy.
Ominęły mnie takie "przyjemności" jak nudności, wymioty czy problemy żołądkowe (no dobrze, czasem coś tam mnie, zwłaszcza rano, uwiera w żołądku, ale to bardziej nerwicowe niż związane z faktem, że nie dostarczam organizmowi odpowiedniej dawki chemii). Nie mam dreszczy, zawrotów głowy i tym podobnych rzeczy, które przerabiałam odstawiając Effectin, lek przeciwdepresyjny (ponoć niezły, mnie niemal wpędził do grobu - ale ja jestem nietypowa i na różne farmaceutyki reaguję inaczej, niż oczekiwaliby tego lekarze; dygresyjka się kłania - moja arytmia ustępuje tylko pod wpływem środka, który przepisywany jest osobom w podeszłym wieku, na żadne "normalne" leki przeciwarytmiczne, stosowane u ludzi młodych, moja pikawa uprzejmie się wypina i rozpoczyna dzikie harce).

Najtrudniej jest mi radzić sobie z lękiem, który dotąd tłumiłam właśnie Zolpidemem, no i z głodem - wszystko w środku wrzeszczy dziko i domaga się ode mnie sięgnięcia po specyfik. Opanowanie tego duetu, paniki i głodu, jest potwornie trudne i wręcz fizycznie bolesne. Radzę sobie z tym najczęściej poprzez wyjście z domu (o ile mam taką możliwość, bo nie jestem na przykład zawalona pracą). Szybki spacer i słuchanie w czasie marszu muzyki, koją wewnętrzne dolegliwości i szczerze żałuję, że nie mogę się tym sposobem ratować częściej. Ale primo, w ciągu dnia musiałabym chyba kompletnie zrezygnować z zajęć zawodowych, a secundo - plątanie się po mieście po pracy (czyli już po zapadnięciu zmroku) nie jest najrozsądniejszym pomysłem.

Pocieszam się myślą, że z czasem to wszystko minie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie przecież, że mogę funkcjonować na mniejszej ilości niż np. 10 tabletek. Potem, że poniżej 4 to nie zejdę. A każda redukcja dawki wiązała się z tym, co naklepałam powyżej. Faktem jest, że odpuszczało, gdy sięgałam po tabletkę. Teraz tego robić nie chcę i stąd te katusze. Ale wierzę, że uda mi się z tego wyplątać. Odstawienie alkoholu przeszło u mnie w miarę gładko (a przez parę miesięcy piłam na potęgę, też dzień w dzień). Może zatem któregoś dnia obudzę się i po prostu poczuję, że wreszcie jestem wolna? Chciałabym to osiągnąć jak najszybciej, ale nastawiam się raczej na maraton, niż na dziki sprint. Grunt, to iść do przodu i wyciągać wnioski z popełnionych błędów.

sobota, 7 listopada 2015

Co po odstawieniu leków i alkoholu?

No właśnie. Przyzwyczajenie to wszak druga natura człowieka. A nie ma co ukrywać - alkoholik czy lekoman do butelki wina czy tabletek, przyzwyczaił się przez miesiące (częściej lata) całkiem solidnie. Ulubiony napój czy ukochana tabletka potrafiły wypełnić mu cały dzień. Po zerwaniu z uzależnieniem wiele osób odczuwa pustkę, dezorientację, a co gorsza ma wrażenie, że utraciło jakąś "cząstkę siebie". Nic więc dziwnego, że tę pustkę usiłuje jakoś sobie zapełnić.

rezygnacja z nałogów

Metod na poradzenie sobie w nowej, trzeźwej rzeczywistości, poznałam mnóstwo - głównie dzięki wymienianym na meetingach doświadczeniom. I nie ma co ukrywać, także dzięki doświadczeniom własnym.

Przejdźmy zatem do rzeczy. Alkohol i/lub tabletki poszły w odstawkę. Rany boskie, co teraz? Konsumowało się to na litry i tony, dzień układało pod picie lub branie, na sytuacje stresowe reagowało strzeleniem sobie kielicha lub zażyciem "uspokajacza". Teraz środki te są niedostępne i to z wyboru. Ale funkcjonować jakoś trzeba. Co zatem robić?

Mnóstwo (nie przesadzam, naprawdę mnóstwo) osób, zaczyna swoje problemy "zajadać", a używki zastępować słodyczami. "Do gry" wkraczają czasem papierosy. Jedna i druga metoda raczej średnio zdrowa, bo z otyłością wiążą się problemy (nie tylko gorzej człowiek czuje się psychicznie, bo własny wygląd jakoś tak przestaje mu pasować, ale zaczyna mu też grozić mało radosna cukrzyca, choroby serca i tym podobne ciekawostki). Papierosy? O ich szkodliwości tyle się pisało i pisze nadal, że nie będę powtarzać słów osób niewątpliwie ode mnie mądrzejszych. Lepiej zatem zrezygnować z tych sposobów zastąpienia sobie wcześniej stosowanych "metod na życie". Co nie oznacza, że jestem jakaś szalenie mądra i nie odwaliłam dokładnie tego, o czym pisałam powyżej. A jakże, słodycze rąbałam jak maszyna, a papierosy kopciłam jak parowóz. Z tym pierwszym rozstałam się po wejściu na wagę i ujrzeniu cyferek, które jakoś mało mi się spodobały i wywołały wręcz niesmak. Papierosy wciąż palę, choć staram się ograniczać - ze skutkiem zmiennym. Są dni lepsze, są gorsze. Na razie machnęłam na nie ręką, bo gdybym tak postanowiła rzucić wszystkie nałogi równocześnie, z pewnością osiągnęłabym tak potężny stres, że na nowo wdepnęłabym w wiadome guano. A do tego mi się wcale nie spieszy.

Dobrą metodą jest sensowne organizowanie sobie czasu. Zarówno pracy, jak i czasu wolnego. Zaplanowanie sobie całego dnia (już od samego rana), jest całkiem skuteczne. Ważne, by uwzględnić w nim:
  • pracę zawodową (najlepiej, by była ona absorbująca i poza czasem na wyskoczenie na jakieś śniadanie czy do, za przeproszeniem, wychodka, nie dysponowalibyśmy wolnym, które sprzyjałoby snuciu marzeń na jawie, w których występowałby w roli głównej alkohol albo np. Zolpidem);
  • czas przeznaczony na obowiązki domowe (gotowanie, sprzątanie, pranie, przesadzanie kwiatków - wszystko jedno, możemy nawet wpaść na pomysł malowania ścian i przestawiania mebli czy tworzenia własną ręką obrazów do powieszenia na ścianie);
  • wysiłek fizyczny (pomijam wspomniane wyżej, podane jako przykład, szaleństwa remontowe. Ale niechże to będą ćwiczenia w domu albo na siłowni, marsz - bez względu na pogodę, wyjście na zakupy - z których oczywiście nie przydygamy do domu żadnych trunków zawierających procenty);
  • czas dla siebie (relaksująca kąpiel, wieczór z książką w garści, wyjście na bilard/kręgle/do kina - co kto lubi).
Dopóki nie nauczymy się funkcjonować w nowej rzeczywistości, musimy zwyczajnie dbać o to, by nie mieć czasu na rozmyślanie o używkach. Dodatkowo jeśli solidnie się zmęczymy jest szansa, że łatwiej się nam uśnie. I proszę, kolejne 24 godziny przeleciały bez picia/zażywania psychotropów. Kolejne 24 godziny zatem rozpisujemy sobie równie intensywnie.

Jeśli mimo "zawalonych" obowiązkami dni wciąż tłuką się po nas głody (po mnie się tłuką, co tu będę kłamać), warto do powyższej listy dodać:
  • regularne dreptanie na meetingi dla osób uzależnionych;
  • terapię;
  • nowe hobby.
Staram się żyć zgodnie z tym wszystkim, co powyżej napisałam i pewnie byłoby mi łatwiej, gdyby nie depresja (niech szlag ją ciężki trafi, naprawdę życzę jej jak najgorzej), która potrafi przywalić mi solidną apatię sprawiającą, że z całego zaplanowanego dnia, jestem w stanie zrealizować może połowę. W lepsze dni - owszem, zapchany po dziurki do nosa dzień ułatwia mi wyrzucić z głowy myśli o tym, że "a może by tak sobie wziąć chociaż pół tabletki?".

Sposobów na radzenie sobie w nowym, trzeźwym życiu, jest pewnie tyle ilu trzeźwych alkoholików i lekomanów. Jeśli macie własne, które w Waszym przypadku działają jak złoto, podzielcie się nimi ze mną i z pozostałymi Czytelnikami w komentarzach. Będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi! :)

piątek, 6 listopada 2015

Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności

Tytuł dzisiejszego wpisu to fragment Dezyderaty autorstwa Maksa Ehrmanna, utworu czytanego na wielu meetingach AA. I nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, zawartym w tym właśnie fragmencie. Ale ze znużenia i samotności, rodzić się mogą nie tylko obawy. Także - uzależnienia.

samotna kobieta

W poprzednim wpisie Poznaj swojego wroga, wspomniałam o kilku czynnikach, które mogą wpędzić człowieka w chorobę alkoholową lub lekomanię. Wspomniałam również o tym, że rozpoznanie własnego wroga bardzo mi się nie spodobało, ale cóż - nie było go na tamtej liście. Moim wrogiem okazała się samotność.

"Samotność w tłumie" - czy jest możliwa? Jak najbardziej. Od wielu lat, pomimo otaczania się ludźmi (w szkole, w pracy, w domu) czułam się samotna. Szczególnie jednak odczułam to w ostatnich pięciu (teraz już prawie sześciu) latach, kiedy to na głowę zwaliło mi się mnóstwo bolesnych spraw związanych ze zdrowiem najbliższych mi osób. Dla uspokojenia, brałam tabletki. Potem - dla zagłuszenia samotności. 

Choć wszystko wróciło do względnej normy, pewnego dnia poczułam przejmującą samotność. Pomimo tego, że wokół mnie byli inni ludzie. Ale zajęci innymi sprawami. Czułam, że ci, którzy kiedyś byli ze mną bardzo blisko, teraz odsunęli mnie gdzieś daleko, tak jakbym praktycznie nie istniała. I to dlatego zaczęłam uciekać w alkohol i leki. Wolałam nie dopuszczać do siebie myśli, że tak właśnie może się dziać. Że zostałam zastąpiona innymi rzeczami, osobami, że jestem już niepotrzebna. Działo się źle, ale zamiast stawić temu czoła - uciekłam w używki.

To właśnie rosnące z dnia na dzień poczucie samotności sprawiło, że kompletnie zatraciłam się w alkoholu i Zolpidemie. To samotność, potężnie dopingowana uzależnieniem, doprowadziła do wielu sytuacji, których żałuję, ale cofnąć nie mogę. Czy to był krzyk rozpaczy, wołanie o pomoc, desperackie wołanie "Jestem tu! Niech to ktoś wreszcie zobaczy!"? Może. Ale upragniony efekt nie został osiągnięty (bo i nie takimi zachowaniami powinno się dążyć do tego, by ktoś wreszcie dostrzegł, co się ze mną dzieje). A ja pogrążałam się coraz bardziej, z każdym kolejnym zapiciem dochodząc do wniosku, że nic tu już po mnie. Że skoro teraz jestem aż tak zbędna, to po moim odejściu z tego świata mało kto uroniłby łzę. Wręcz przeciwnie - może wreszcie najbliższe mi osoby, które przestały mnie dostrzegać, odetchnęłyby z ulgą i ułożyły sobie życie na nowo?

Takie myślenie, wspomagane przez alkoholowy ciąg wspomagany lekami, doprowadziło u mnie do próby samobójczej. Od połknięcia kolejnego opakowania tabletek powstrzymało mnie przypomnienie, że jednej osobie jestem jeszcze coś winna i nie mogę się "wymeldować", dopóki nie załatwię tej jednej sprawy.

Było to w lutym tego roku. Jak widać, żyję do dzisiaj, sprawę załatwiłam, ale na szczęście odstawiłam alkohol i choć czasem powracały myśli o odebraniu sobie życia, to nie wcielałam ich w czyn. W czerwcu wzięłam się za siebie ostrzej, alkoholu wciąż nie tykam, a Zolpidem ograniczyłam praktycznie do zera (wczoraj pierwszy raz od lat zasnęłam bez tego parszywca).

Czy jest łatwiej? Nie będę kłamać i pisać, jak to jest różowo i teraz to już "z górki". Jest ciężko. Miewam głody alkoholowe. W chwilach roztrzęsienia myślę o sięgnięciu po tabletkę. Są dni (takie jak dziś), kiedy jestem kompletnie rozklekotaną jednostką, z chaosem w głowie i całym wnętrzu. I nie oszukuję się, że to lada chwila przejdzie. Będą dni lepsze i gorsze. Nałóg trwał zbyt długo, by otrząsnąć się z niego w tydzień czy miesiąc. Wiem, że będą groziły mi nawroty, a głody alkoholowe i lekowe będą mi towarzyszyć.

Ale rozpoznałam swojego wroga, prawda? I teraz już dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że muszę unikać tego przytłaczającego uczucia samotności, bez względu na to czy siedzę faktycznie sama w czterech ścianach, czy też wśród innych ludzi. I wiem, że samotna nie czuję się na meetingach. Choć początkowo nie rozumiałam, dlaczego jest mi tam tak dobrze, teraz już wiem. Tam jestem sobą. Wśród swoich. I tam nie czuję się samotna.

środa, 4 listopada 2015

Poznaj swojego wroga

Rzadko się zdarza, by ktoś popadł w uzależnienie "przez przypadek". Zwykle coś/ktoś okazało/okazał się siłą prowadzącą do wyzwolenia nałogu. I zwykle dopiero trzeźwiejąc można w miarę na spokojnie spojrzeć w przeszłość i zastanowić się co takiego wydarzyło się w życiu, że nagle zagościł w nim alkohol, lek na uspokojenie/sen, konkretny narkotyk... Uzależnienie to bowiem skutek - warto więc poznać to, co najważniejsze. Przyczynę. I zidentyfikować swojego wroga.

symboliczny wróg

Zapewne ilu ludzi, tyle przyczyn powstawania uzależnień. Jednak z przeczytanych przeze mnie książek, doświadczeń własnych oraz rozmów prowadzonych na meetingach AA doszłam do wniosku, że kilka konkretnych przyczyn popadania w nałóg, da się wyodrębnić.

  • Wróg numer 1 - brak pewności siebie
    Często po alkohol sięgały osoby ciche i nieśmiałe, które po wypiciu kieliszka/szklanki/puszki (w zależności od trunku i upodobań) ulubionego napoju, nabierały pewności siebie. Ba! Zmieniały się nie do poznania! Nie pozwalały sobie "wejść na głowę", stawały się do przesady pewne własnych ocen i opinii, a tych, którzy mieli inne zdanie, potrafiły szybko zmieszać z błotem.

    Mówi się czasem "wypij dla kurażu". I myślę, że to powiedzenie łączy się właśnie z omówionym powyżej wrogiem.

    Z czasem dojść może do sytuacji, w której osoba uzależniona tak bardzo zaczyna lubić "nową wersję siebie", że nie wyobraża sobie innych metod na podniesienie mniemania o sobie, jak właśnie poprzez alkohol.
  • Wróg numer 2 - nuda
    Wiele osób swoją "przygodę" z używkami zaczęło ze zwykłego znudzenia własnym życiem. Alkohol im to życie ubarwiał, ułatwiał zabawę na imprezach, brylowanie w towarzystwie. Stosowane w nadmiarze leki potrafiły (podobnie jak narkotyki), przynieść "interesujące doznania" - dla niektórych uczucie błogości, dla innych - "odloty".
  • Wróg numer 2 - negatywne uczucia, w tym stres
    Mało kto je lubi i chyba większość doświadczających je osób chętnie przegnałaby je precz. Niektórzy osiągają to poprzez yogę, spotkania ze znajomymi, inni - poprzez picie lub zażywanie leków na uspokojenie. Osiągnięcie złudnego stanu spokoju sprawia, że człowiek chce z niego korzystać jak najczęściej. I uczy się na każdą przykrość, trudną sytuację, reagować zagłuszaniem emocji właśnie przez używki.
  • Wróg numer 3 - otoczenie
    Przebywanie w toksycznym środowisku również sprzyja powstawaniu uzależnień. Osoby uzależnione nie są w stanie skonfrontować się z innymi ludźmi bez "wspomagaczy", albo przeciwnie - "uciec" od "ukochanych bliskich" inaczej, jak tylko w alkohol czy leki.

    Może się też okazać, że po alkohol sięgało się na zasadzie "bo inni piją". Potrzeba dopasowania się do otoczenia sprawiała, że używka ta zaczęła gościć w naszym życiu w chwili, w której "kumpli/kumpeli do picia" nie było już w pobliżu. Ale przyzwyczajenie pozostało. Z tą różnicą, że kiedyś piło się razem, a teraz w samotności.


Stąpając po drodze trzeźwości warto zatrzymać się na moment i spojrzeć wstecz. Co takiego się stało, że z trzeźwego człowieka przemieniliśmy się w alkoholika czy lekomana? Co nas zrujnowało i pociągnęło w dół? Dopiero po uczciwym zapoznaniu się z własną przeszłością (nie jest wykluczone, że pomóc w tym może dobry terapeuta), odkryjemy dlaczego właściwie poszliśmy na samo dno.

Poznanie swojego wroga jest niezwykle ważne, ponieważ zmniejszy ryzyko powrócenia na drogę wiodącą wprost do zguby, czyli powrotu do nałogu. 

Nie mówię, że jest to proste. Mnie samej rozpoznanie swojego wroga bardzo się nie spodobało i przez długi czas usiłowałam wmawiać sobie, że przyczyny mojego zapicia/faszerowania lekami, były zupełnie inne. Ale czas przestać udawać i szczerze sobie powiedzieć: tak, to właśnie przez to stałam się alkoholiczką i lekomanką. 

Co dalej? Rozpoznanie wroga to ważny, ale nie ostatni krok. Teraz czas na konfrontację. W zależności od tego, co lub kto okazał się naszym wrogiem numer jeden, musimy zastanowić się jak się z nim zmierzyć. Znaleźć alternatywy dla alkoholu czy leków, odsunąć od siebie sytuacje lub ludzi, przez których ryzykujemy nawrót. Jeśli przyczynę upatrujemy w konkretnej osobie, możemy spróbować z nią porozmawiać i wyjaśnić jakie jej zachowania sprawiły, że zaczęliśmy sięgać po leki czy kieliszek. ALE! Przed wytoczeniem jakichkolwiek dział, warto jednak porozmawiać z psychologiem i upewnić się, że właściwie rozpoznaliśmy zagrożenie. Terapeuta pomoże nam nie tylko znaleźć sposób na naszego wroga, ale ułatwi też wypracowanie w sobie takich mechanizmów obronnych, które ułatwią nam trwanie w trzeźwości. Oby była ona jak najdłuższa, czego sobie i wszystkim zmagającym się z podobnymi problemami, z całego serca życzę.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Wpływ bałaganu na psychikę

Czasem mówimy "Moje życie to prawdziwy bajzel". I faktycznie możemy się tak czuć - mieć wrażenie, że wszystko się nam porozsypywało i kompletnie nie mamy pojęcia, jak zabrać się do uporządkowania wszystkich "wiszących" nad nami spraw. W takiej chwili warto nie tylko zajrzeć wewnątrz siebie, ale też rozejrzeć się dookoła. Czy przypadkiem wspomniany bajzel nie wkradł się także do naszego mieszkania albo miejsca pracy?

zaśmiecone biurko

Ktoś (nie mam pojęcia kto, ale z pewnością była to mądra jednostka) powiedział kiedyś, że nasze otoczenie rzutuje na nasze życie wewnętrzne. Gdy wokół nas panuje istny chaos (masa papierów na biurku, od dawna nie złożona pościel na łóżku, niepozmywane naczynia, "kipiący" kosz na śmieci), nie czujemy się raczej komfortowo. Dotyczy to przynajmniej większości osób, bo są i takie, które lubują się w nieporządku i nie wyobrażają sobie życia w posprzątanym domu.

Załóżmy jednak, że zaliczamy się do tych jednostek, które z niezadowoleniem patrzą na swoje otoczenie i myślą "Matko, co za syf!", ale niewiele sobie z tego syfu robią. A śmieci przybywa, stos papierów na biurku rośnie, po kuchni zaczynają biegać radosne robaczki, zaś z szafy wylatywać mole. No nie, wróć, na widok moli lub robaków większość osób przystąpiłaby jednak do zwalczania paskudztwa, ale nie jest wykluczone, że na pozbyciu się nieproszonych gości aktywność związana ze sprzątaniem by się zakończyła.

Po sobie samej zauważyłam, że im większy wokół mnie panuje, za przeproszeniem, burdel, tym gorzej ma się moje samopoczucie. Wszystko wydaje się przytłaczające, każda sytuacja - bez wyjścia, no i tym podobne i tak dalej. Niechęć, bezradność, apatia i tym podobne cuda, natychmiast urastają do rozmiarów góry lodowej i kółko się zamyka. Kiedyś zapewne spotęgowałabym to wysypisko śmieci dostawiając puszki po piwie czy butelki po winie, a po podłodze rozsypując puste opakowania po tabletkach (bo i tak jest śmietnik i tak, no nie?). Jednak od kilku miesięcy, od chwili, w której zapragnęłam zmienić swoje życie, ruszyłam do walki z nieróbstwem i postanowiłam zwalczyć niechęć do sprzątania. A miłośniczką porządków nie byłam nigdy i sprzątałam wyłącznie z konieczności.

Muszę przyznać, że od kiedy zaczęłam faktycznie dbać o mieszkanie, zmieniło się sporo:
  • polubiłam czystość (i nie mówię tu o jakiejś skrajności, nic u mnie w domu nie lśni na wysoki połysk, ale rzeczy są poskładane, podłogi odkurzone i umyte, a naczynia rzadko przybierają formę stosu przeznaczonego do umycia);
  • przestało irytować mnie sprzątanie (wręcz je polubiłam - przynajmniej raz na dwa dni biegam po domu z odkurzaczem, staram się na bieżąco porządkować papiery na biurku, selekcjonować śmieci i z marszu wynosić je z mieszkania);
  • poczułam się lepiej psychicznie (wcześniej wszechobecny bałagan potęgował chaos w moim wnętrzu, a teraz - gdy jest jako tako czysto - nie mam już ciągłego wrażenia przytłoczenia).
Pedantów w naszej zabieganej rzeczywistości raczej nie przybywa, a brak czasu i sił nie sprzyja regularnym porządkom. Ale jeśli czasem czujecie się kompletnie przytłoczeni życiem - rzućcie okiem na swój pokój/mieszkanie/dom (niewłaściwe skreślić). I jeśli rzeczywiście dostrzeżecie, że wokół panuje nieporządek, zabierzcie się za sprzątanie. Jestem żywym dowodem na to, że dzięki temu można poczuć się lepiej. Kto wie, może i Wy poczujecie to samo? ;)