Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 26 października 2015

Stres sprzyja uzależnieniom...

... a także zawałom, arytmii serca, nerwicy, depresji i masie innych dolegliwości, o posiadaniu których mało kto z pewnością marzy. Nie liczę masochistów. Nie o masochistach jednak mam pisać, ani o arytmiach (choć sama takową dysponuję), tylko o uzależnieniach. A zatem spróbuję skupić się na temacie, zawartym w tytule wpisu.

zestresowany mężczyzna

Jasną jest rzeczą, że człowiek zestresowany, chętnie by na chwilę (bodaj krótką!) o tym stresie zapomniał. Wyparł z głowy myśli o irytującej i męczącej pracy, o problemach rodzinnych, finansowych i innych takich, z którymi chyba każdy ma do czynienia. Jeśli ktoś nie ma, pozostaje mu dziko zazdrościć. Cóż zatem robi jednostka zestresowana? Zapewne są ludzie, którzy zagryzą zęby i przez ten stres spróbują jakoś przebrnąć, narażając się na szczękościsk, względnie wręcz przeciwnie - bruksizm. Zapewne są i tacy, którzy stres nagromadzony w ciągu dnia, potrafią "odespać" nocą i rano budzą się radośni, pełni sił na zmierzenie się z kolejnymi 24 godzinami. Niestety są i takie ludzkie jednostki, które dla rozluźnienia walą sobie kielicha, łykają tabletki na uspokojenie i dopiero po takim działaniu są w stanie jako tako funkcjonować. Sama do takich jednostek się zaliczałam i wiem niestety, jak się to kończy. Z pewnością nie dla wszystkich, ale dla mnie i wielu mnie podobnym, finałowym "osiągnięciem" takiej "walki ze stresem" jest wdepnięcie w guano zwane uzależnieniem.

Nie stresować się!

Haha, dobre sobie. Ilekroć od jakiegokolwiek lekarza czy jednostki znajomej słyszałam takie słowa, osiągałam jeszcze wyższy poziom stresu niż na chwilę przed uzyskaniem tej bezcennej rady. Jak, na litość boską, mam się nie stresować?! Na palcach jednej ręki jestem w stanie wymienić osoby, które znam i które ową sztukę mają opanowaną do perfekcji. Cała reszta dysponuje zjechanymi od zgrzytania zębami, siwymi włosami pokrywającymi skronie, względnie poważnie nawalającymi narządami wewnętrznymi i zwichrowaną psychiką.

Skoro zatem całkowite zobojętnienie na stres (osiągane siłą woli, a nie dzięki używkom), w grę nie wchodzi, jak radzić sobie z tym potworem? Znalazłam tylko jeden sposób działający na dłużej, choć daleki jest on od doskonałości. Mianowicie - zmęczyć się. Fizycznie, broń Boże psychicznie!

Ponoć ruch powoduje przypływ endorfin, o euforii biegacza wszyscy chyba słyszeli, zatem niech będzie. Przetestowałam na sobie i przyznaję, że coś jest na rzeczy. Szybki marsz, kręcenie hula hopem, wyczynianie rozmaitych sztuk tanecznych - cokolwiek, co wymaga aktywności i ruszenia czterech liter. I co trwa przynajmniej pół godziny, a dobrze, gdy dłużej. Po takim solidnym wymęczeniu organizmu, istotnie wszystkie ciążące na głowie problemy tracą nieco na sile i człowiekowi robi się na duszy jakby lepiej. Przynajmniej dzieje się tak w moim przypadku.

Problem w tym, że nie codziennie mamy możliwość uprawiania marszy jesiennych (względnie wiosennych, zimowych czy letnich), nie każdego dnia możemy radośnie podskakiwać w rytm ulubionych utworów i nie każdego dnia mamy po prostu siłę, by zmusić się do takiej aktywności. Warto jednak przynajmniej ze dwa - niech będzie i trzy, razy w tygodniu, poświęcić godzinę na rozruszanie własnego czcigodnego zadka. Całkowicie to stresu nie wyeliminuje, ale przynajmniej sprawi ulgę. Przynajmniej na jakiś czas.

Co poza zmęczeniem?

Szczerze przyznam, że próbowałam różnych rzeczy. Usiłowałam medytować (nic z tego, nie jestem w stanie powstrzymać galopujących myśli) czy ćwiczyć jogę (zabrakło konsekwencji). Całkiem dobrze robi mi z pewnością śpiewanie na całe gardło (że też sąsiedzi to znoszą?), czytanie książek (któremu, z pewnością ku uciesze sąsiadów, nie towarzyszą dodatkowe atrakcje akustyczne) i oglądanie głupot w telewizji (względnie na komputerze). Wszystko to jednak działa wyłącznie w czasie, który poświęcam wykonywaniu danej czynności. Zaraz po jej zakończeniu stres rozkosznie wraca, niejednokrotnie spotęgowany idiotycznymi lękami (nerwica się kłania).

Jako jednostka uparta z całą pewnością szukać będę sposobów, które pozwolą mi stres jako tako opanować i okiełznać, bo że służy on uzależnieniom (które z kolei mnie nie służą kompletnie), jestem w pełni przekonana. Jeśli uda mi się odkryć jakąś cudowną metodę, z pewnością nie omieszkam podzielić się nią z szerszym gronem. A póki co, pozostają mi spacery, zdzieranie gardła i lektura książek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz