Szukaj na tym blogu

czwartek, 8 października 2015

Początki lekomanii

Zaczęło się dość niewinnie. Dużo stresu w pracy, potem obrona pracy magisterskiej, odnajdywanie się w roli żony, szukanie nowego zajęcia zawodowego i buch - okazało się, że zmagam się z nerwicą i depresją. Siedziało to we mnie już dużo wcześniej, nigdy nie byłam osobą wyjątkowo radosną (pomijam kilka lat w liceum), rozwód rodziców gdy liczyłam 5 wiosen dał mi w kość, ojciec alkoholik, przepracowana mama... długo by wymieniać. Ostatecznie do rozkwitu choróbska doszło, gdy w pracy zaczął szaleć mobbing. Wpadłam w anoreksję, wyglądałam już prawie jak szkielet, ale się z tego wyplątałam. Nerwica i depresja pozostały za to na dobre, a wraz z nimi przyplątała się bezsenność. I to właśnie tutaj leży pies pogrzebany.

tabletki

Kolejne nieprzespane noce dawały mi popalić, od psychiatry dostałam więc cudo ułatwiające zasypianie. Cudo zawierało Zolpidem i faktycznie - problemy ze snem zniknęły jak ręką odjął. Z czasem odkryłam, że po zażyciu tabletki, robię się zrelaksowana i spokojna, no żyć nie umierać! Radośnie zignorowałam więc ostrzeżenia w ulotce dotyczące okresu leczenia tymże specyfikiem i zamiast 3 tygodnie, biorę już 8 lat.

Choroba zaczęła się, gdy bez tabletki nie umiałam funkcjonować, musiałam zwiększać dawki, bo organizm mi się uodpornił szybko i ogólnie zgłupiał, ponieważ lek typowo nasenny brałam także w ciągu dnia. Żeby się wyciszyć, uspokoić, móc pracować i tym podobne i tak dalej. Ignorowałam ostrzeżenia najbliższego otoczenia, uparcie nie przyjmowałam do wiadomości, że jestem uzależniona. Zolpidem był ucieczką od wszystkiego, co złe na tym świecie. Sprawiał, że stawałam się ślepa i głucha na problemy w małżeństwie, pozwalał odciąć się, zobojętnieć. Nie było to ani zdrowe, ani rozsądne, ale z pewnością wygodne. Do czasu, rzecz jasna.

Zorientowałam się, że wypadałoby coś z tym uzależnieniem zrobić dopiero, gdy odszedł ode mnie mąż. To już nie był sygnał alarmowy, to było uderzenie w pusty łeb potężnym młotem pneumatycznym. Dopiero w chwili, w której rozsypało mi się życie, postanowiłam działać. Trafiłam do fantastycznej grupy Anonimowych Alkoholików (z alkoholem też miałam problem, ale o tym przy innej okazji), w której wreszcie zaczęły mi się powoli otwierać oczy. Realizując program 12 kroków, dostrzegłam wyrządzone innym krzywdy, wszystkie idiotyzmy popełnione "dzięki" Zolpidemowi zalewanemu często alkoholem i włosy mi stanęły dęba na głowie. Patrzyłam na swoją przeszłość i ogarniała mnie zgroza. Cóż to był za potwór, nie kobieta! Egoistka do setnej potęgi, ustawiająca się w pozycji ofiary losu i tłumacząca swoje nałogi depresją i ogólnym złym samopoczuciem. Mnie miało być fajnie, a reszta niech się dostosuje. Koszmar!

Minęło wiele tygodni od pierwszego zreflektowania się, kim byłam, zanim zaczęłam się stopniowo zmieniać. Alkoholu do ust nie wzięłam od kwietnia (krótko, ale cieszy mnie każdy dzień bez procentów). Leki znacznie ograniczyłam (nagłe odstawienie po takich dawkach, jakie przyjmowałam, mogłoby się skończyć dla mnie nieciekawie i wiem to od psychiatry, której w końcu musiałam przyznać się do własnej głupoty i ilości połykanych tabletek). Stopniowo zmienia mi się też charakter.

Mimo wszystko, jestem wdzięczna, że zachorowałam na lekomanię. Gdyby nie to uzależnienie, pewnie nigdy nie wzięłabym się za pracę nad sobą. Szkoda tylko, że zrobiłam to tak późno. I z tego miejsca przestrzegam wszystkich, czytających ten wpis. Stosujcie leki zgodnie z zaleceniami lekarza lub informacjami zawartymi w ulotce! Uzależnienie psychiczne, a potem fizyczne, pojawia się naprawdę szybko. Ale wyjście z nałogu trwa znacznie dłużej. Ja już teraz wiem, że moja praca trwać będzie do końca życia. Nawet wtedy, gdy całkowicie odstawię Zolpidem (do czego dążę z uporem), będę musiała się pilnować. Skłonności do uzależnień mam. A to bardzo podstępna choroba - bez względu na to, czy dotyczy leków, alkoholu, narkotyków, hazardu... Wpada się szybko. Wygrzebuje - przez resztę życia.

1 komentarz:

  1. To akurat prawda. Człowiek nawet się nie obejrzy a już jest w szponach nałogu. A skutki tego ciągnął się latami a czasem przez całe życie. Dlatego ważne, żeby zgłosić się po pomoc do specjalisty. Bo wtedy mamy duże szanse na to, że nie wrócimy do zgubnego nałogu. Po wielu latach uzależnienia od leków, trafiłam do Wsparcia w Koszalinie na kilkutygodniową terapię. I to jest moment, w którym moje życie się zmieniło na lepsze. Spotkałam tam wyjątkowych ludzi, którzy udowodnili mi, że warto porzucić ten nałóg i możliwe jest życie bez niego. Nie mówie,że było to łatwe, ale na pewno było warto.

    OdpowiedzUsuń