Szukaj na tym blogu

wtorek, 27 października 2015

O poczuciu własnej wartości

Niskie poczucie własnej wartości często dotyka osób z depresją. Trudno stwierdzić, co było pierwsze - niska samoocena prowadząca do depresji, czy też poczucie bycia jednostką bezwartościową, które pojawiło się po zachorowaniu. Pewnie jest to kwestia indywidualna. Wiem tylko, że u mnie wrażenie bycia "nikim" pojawiło się we wczesnym dzieciństwie, a depresja wyłącznie to wrażenie pogłębiła.

kobieta cierpiąca na brak pewności siebie

No i już widać, że dzisiejszy wpis nie będzie utrzymany w stylu frywolnym, lecz takim bardziej poważnym. I że tytuł wpisu powinien chyba raczej brzmieć: "O braku poczucia własnej wartości".

Nie piszę tu własnej autobiografii, a i Czytelników pewnie niezbyt interesują moje problemy z dzieciństwa, więc postaram się możliwie skrócić to sięganie do korzeni i przejść do dnia dzisiejszego. Ale bez poruszenia tego, co było, ciężko będzie mi pisać o tym, co jest teraz. A było nieciekawie o tyle, że od czasu rozwodu rodziców (liczyłam wówczas 5 wiosen), stałam się osobą zamkniętą w sobie i przesadnie dojrzałą. Nie potrafiłam wygłupiać się z rówieśnikami, byłam raczej milczącym odludkiem i trwało to jakoś do połowy czasów licealnych, po czym wróciło na pierwszych studiach. Miałam mnóstwo kompleksów i nie jest wykluczone, że to te kompleksy dołożyły co nieco do wspomnianego w poprzednim wpisie guana, zwanego uzależnieniem.

Nie ma co czarować - byłam pulchna, kiepska w sporcie, słuchałam innej muzyki niż wszyscy w moim wieku, nie oglądałam tych samych filmów co koledzy/koleżanki z klasy, byłam takim klasowym "dziwakiem". W podstawówce zaczęło mi się z tego tytułu obrywać w ostatnich latach, w pierwszym liceum - od pierwszego dnia. Wtedy jeszcze nie piłam (w przeciwieństwie do innych), nie chodziłam na imprezy, nie lubiłam jeździć na "zakrapiane" wycieczki. Słowem - kiepskie było ze mnie towarzystwo.

Im bardziej byłam odrzucana przez innych, tym bardziej zamykałam się w sobie i w końcu się to na mnie zemściło. Tłumione emocje, poczucie braku kontroli nad własnym życiem i niezadowolenie z siebie i tego, jak to moje życie wygląda, zapoczątkowało pierwsze "topienie smutków" w piwie. Był to krótki etap, trwał kilka miesięcy, pozbierałam się do kupy, ale nadszedł cios kolejny. Zmieniłam pracę, w której kwitł mobbing i wówczas pierwszy raz zetknęłam się z Xanaxem przepisanym mi z uwagi na zdiagnozowaną nerwicę. To jednak też był etap. Pierwszym moim poważnym uzależnieniem była anoreksja.

Można się zastanawiać czy anoreksja to uzależnienie, skoro chorując na nią nie je się. Ale owszem, powstrzymywanie się od jedzenia, obsesyjne liczenie kalorii, pilnowanie wagi - czym innym to jest, jak nie uzależnieniem? Wybrnęłam z tego, zanim przemieniłam się na trwałe w chodzący szkielet i nawet zaczęłam się sobie podobać. Ale czy niższa waga wyleczyła mnie z poczucia niższej wartości? Jasne, że nie.

Wciąż czułam się gorsza, a przynajmniej "nie dość dobra". I tak jest do dzisiaj. Najmniejsza porażka staje się dla mnie zapowiedzią końca świata i sprawia, że niska samoocena zbliża się do dna. Jeśli odniosę jakiś sukces, cieszę się nim krótko, bo szybko pojawia się myśl, że może to przypadek? Może nie zasłużyłam? Może ktoś się pomylił, a ja wcale nie jestem aż tak dobra?

Utrudnia to życie potwornie, bo ciężko jest funkcjonować z nastawieniem, że jest się słabym, nieporadnym, nieprzydatnym. Zamiast cieszyć się z odstawienia alkoholu myślę sobie czasem "A czy ja w tym wytrwam?". Jeśli sięgnę po lek, bez którego nie usnę, pojawiają się wyrzuty sumienia i myśli "Ty żałosna ćpunko". Tak, jak w czasie trwania ciągów alkoholowych obwiniałam po równo siebie i innych (no dobrze, innych chyba bardziej niż siebie, bo własne zachowania usiłowałam tłumaczyć na tysiące sposobów), tak teraz wpadam czasem w tryb "samobiczowania".

Pokochaj siebie

Tak powiedział mi znajomy, który wygrał z depresją. Postukałam się palcem w czoło. Jak mam siebie kochać? Tę słabą istotę, która znów przytyła i przestała podobać się sobie nie tylko z charakteru, ale i pod względem fizycznym? Tę ćpunkę i alkoholiczkę, którą będę już przecież do końca życia, nawet jeśli trzeźwą?

Myślę jednak, że coś w tym może być. Może nie od razu kochać siebie, ale chociaż trochę polubić. Przestać wyolbrzymiać problemy i porażki (poprzestając na wyciąganiu z nich wniosków, a nie udręczaniu się), cieszyć najmniejszymi nawet sukcesami.

To z pewnością praca na lata. Skoro przez lata swój umysł karmiłam wyłącznie negatywną wizją siebie, "odkręcenie" tego procesu będzie wymagać kolejnych lat. Mam jednak nadzieję, że mi się to uda. Z pewnością ułatwiłoby mi to zarówno codzienne funkcjonowanie, jak i dodało sił do walki z uzależnieniami. Bo uwierzyłabym wreszcie w coś, co do mnie na ten moment nie ma dostępu. Że naprawdę dam radę - i wytrwam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz