Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 12 października 2015

Na rozstaju

Chyba każdy czasem musi podjąć trudną, życiową decyzję. I chyba każdy czuje się wtedy trochę jak na rozstaju dróg, zastanawiając się, którą z nich podążyć. Cóż, właśnie w takim punkcie właśnie się znalazłam.

kobieta na rozstaju

Nie będę ukrywać, że moje życie w ciągu ostatnich lat mocno wywróciło się do góry nogami, a apogeum tego "wywrotu" nastąpiło kilka miesięcy temu. Zerwanie z alkoholem i walka o trzeźwość w kwestii lekomanii, to oczywiście zmiany na dobre. Ale przede mną kolejne wyzwania i tak się złożyło, że zmierzyć się z nimi muszę akurat "teraz zaraz". No, może poza jednym, choć i w jego przypadku nie mogę przesadnie długo zwlekać, bo każdy dzień zmagania się z myślami wprowadza do mojego wnętrza dodatkowy chaos, na brak którego i tak nie mogę narzekać.

Czy w obecnym stanie powinnam w ogóle brać się za podejmowanie ważnych decyzji życiowych? Depresja, walka z uzależnieniami - same w sobie wymagają ode mnie wiele wysiłku i starań, wykańczają emocjonalnie. Ale chyba nie mogę dłużej tkwić w stanie zawieszenia i do działania popychają mnie dwa hasła. Właściwie jedno hasło i jeden cytat.

"Opuść swoją strefę komfortu" - powiedział mi mój ojciec podczas jednego z ostatnich spotkań. I dodał, że gdy to zrobię i zobaczę, że świat się nie zawalił, będę mogła odkryć w sobie pokłady odwagi, o których nie miałam pojęcia. I chyba coś w tym jest. Opuściłam tę strefę decydując się na zamknięcie rozgrzebanego od lat tematu prawa jazdy. Bałam się panicznie ponownie usiąść za kierownicą i z pierwszych jazd przypominających, gotowa byłam zrezygnować. Ale szczęśliwie przypomniałam sobie owo hasło. Poszłam i... świat się nie zawalił. Okazało się, że pamiętam całkiem sporo z kursu ukończonego niemal dekadę temu, szybciej nadrabiam braki i w samochodzie czuję się znacznie lepiej niż w czasie, gdy pierwszy raz podchodziłam do egzaminu państwowego (oblałam, gwoli ścisłości). Podniesiona nieco na duchu faktem, że instruktor od razu zorientował się, że jednak mam pojęcie o prowadzeniu samochodu, postanowiłam nie rezygnować (co też już miałam w głowie) i planuję zamknięcie tematu przed końcem roku.

Z kolei cytat, o którym wspomniałam wcześniej, towarzyszy mi od kilku lat. Jest niewątpliwie mądry, ale zastosowanie się do zawartej w nim rady wymaga odwagi, której dotąd w sobie nie znalazłam. Chodzi o słowa wypowiedziane przez Anaïs Nin:

"I nadszedł dzień, kiedy ryzyko pozostania zwiniętą w pąk było boleśniejsze, 
niż ryzyko rozkwitnięcia."

Od lat czuję, że tkwię w tym samym "pąku" i z każdym kolejnym tygodniem, ból pozostawania w nim staje się trudniejszy do zniesienia. Jednak strach przed bólem towarzyszącym "rozkwitnięciu" paraliżował mnie na tyle, że nie robiłam nic w kierunku wprowadzenia zmian i uwolnienia się od tej duszącej mnie ciasnoty. Myślę, że pomimo depresji, nerwicy i innych szalejących w moich emocjach świństw, wkrótce nadejdzie dzień, w którym będę gotowa opuścić pąk na zawsze. Czy będzie to słuszna decyzja? Nie wiem, do wróżki mi daleko (ani umiejętności nie mam, ani uroda nie ta), ale wiem jedno - dalsze tkwienie na rozstaju nic dobrego nie przyniesie, podobnie jak snucie setek scenariuszy "Co będzie?", "A co by było gdyby?". Po prostu trzeba będzie wreszcie wykonać krok do przodu. I rozkwitnąć, spokojnie oczekując na to, co też owo rozkwitnięcie wniesie do mojego życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz