Szukaj na tym blogu

wtorek, 20 października 2015

Meetingi Anonimowych Alkoholików - moje doświadczenia

Dużo potrzebowałam czasu, żeby ruszyć swój zacny zadek i zdecydować się na uczęszczanie na meetingi dla osób uzależnionych. W głowie, jak to u mnie bywa, kłębiły się setki myśli.

grupa

Moich obaw było tak wiele, że spokojnie mogę je tutaj wyszczególnić:
  • wstyd - komu byłoby łatwo pójść do obcych ludzi i na głos powiedzieć: "Jestem lekomanką i alkoholiczką?". Powód do dumy z pewnością to nie jest;
  • niepewność - jak wyglądają takie spotkania? Czytałam wcześniej o jakimś trzymaniu się za ręce, świecach, modlitwach... Matko, sekta to jakaś? Może mają jeszcze w pomieszczeniu jakieś martwe zwierzęta, a przystąpienie do "klubu" wymaga złożenia przysięgi? Jasny gwint, co tam się może wyprawiać?!
  • strach przed ludźmi - kogo tam spotkam? Żuli spod budki z piwem? Jednostki zaniedbane do granic możliwości i wydzielające z siebie mało aromatyczne zapachy?
  • obawa przed zabieraniem głosu - co będę musiała mówić? Coś chyba będę musiała, w końcu w takich grupach się rozmawia. Matko jedyna, mam się obnażać wewnętrznie przed osobami, których na oczy nie widziałam?
  • czas trwania spotkań - blisko dwie godziny, wśród alkoholików (fakt, trzeźwiejących, ale jednak obcych), czy ja to wytrzymam? Czy będę mogła, w razie czego "uciec"?

Te i inne pytania kotłowały mi się po głowie i na meeting na Skorupki w Łodzi wybierałam się z duszą na ramieniu. Dodatkowo wahając się straszliwie, bo nie piję od kwietnia, ale abstynencja jeśli chodzi o Zolpidem, jest jeszcze ode mnie oddalona, wciąż parszywe tabletki biorę na noc, choć dawkę ograniczyłam potężnie (ze wstydem piszę te słowa, ale potrafiłam sobie na Zolpidemie przejechać cały dzień). Na Skorupki spotykają się też narkomani, kwadrans przed Aowcami. Która grupa będzie lepsza?

Z tym chaosem w umyśle stanęłam przed drzwiami odpowiedniego budynku. Gdzieś tam obok zbierali się jacyś ludzie, normalnie wyglądający. Więc chyba nie na meeting? Okazało się, że jednak na meeting. Po krótkiej rozmowie okazało się, że grupa AN (Anonimowych Narkomanów) "bywa", ale nie zawsze, a na taki dzień właśnie trafiłam. Tkwiłam więc zdezorientowana i przestraszona, nie mając pojęcia, co dalej. I wtedy podszedł do mnie anioł w postaci mojej obecnej sponsorki. Anioł rzekł słowa "To chodź do nas!", wziął mnie za rękę i poprowadził na miejsce spotkania.

Nieufnie rozejrzałam się po sali. No okej, świece są. W miejsce kotła czarownic ujrzałam wyłącznie wysoki kapelusz, położony przed prowadzącym spotkanie. Dostałam kubek ciepłej herbaty. Gdy wszyscy zajęli już miejsca, przewodniczący odczytał zasady obowiązujące na meetingu. Niepewna, podniosłam rękę i spytałam, czy jako alkoholiczka, ale aktualnie z większym problemem w postaci lekomanii, mogę w ogóle uczestniczyć w tych spotkaniach? Wówczas odezwał się drugi Anioł i powiedział "A co to za różnica? Uzależnienie to uzależnienie". Nikt na sali nie wyraził sprzeciwu wobec mojej obecności i poczułam się trochę lepiej.

Kolejnym punktem było przedstawienie się, rzecz jasna tylko z imienia. Spodobało mi się to. Każdy wypowiada swoje imię, np. "Kaśka, alkoholiczka", a cała grupa mówi "Cześć Kaśka!" i już atmosfera robi się swobodniejsza.

Modlitwa, która tak uparcie kojarzyła mi się z sektą, okazała się po prostu zbiorem pięknych słów, wypowiadanych wspólnie:


Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to co mogę zmienić
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.


Po modlitwie wszyscy ściskając sobie ręce (stoi się wówczas w kręgu) mówią "Cześć!" i potrząsają dłońmi.

Reszta moich obaw znikła bardzo szybko. Dziś mogę stwierdzić, że rozumiem już dlaczego na spotkania przychodzą osoby trzeźwe od 22 lat (na początku wydawało mi się to szaleństwem! Co, rodzin nie mają, domów? Po co przychodzą? Teraz już wiem po co - dla reszty grupy, by podzielić się swoimi bieżącymi problemami i sukcesami, by dzięki bliskości innych alkoholików, przegnać precz chęć sięgnięcia po alkohol).

Ludzie? Genialni! Inteligentni, wykształceni, na poziomie, a do tego szalenie sympatyczni, życzliwi, cierpliwi, chętni do niesienia pomocy innym.

Wypowiedzi? Dobrowolne. Nikt nikogo do wypowiedzi nie zmusza, można mówić, można milczeć i słuchać innych.

Wcześniejsze wyjście? Nie ma sprawy, zero pretensji (choć przyznam - mnie się jeszcze nie zdarzyło opuścić spotkania przed jego zakończeniem).

Podsumowując - meeting AA był dla mnie strzałem w dziesiątkę. Od 5 miesięcy żyję od wtorku do wtorku, bo wiem że spędzę dwie godziny w towarzystwie świetnych ludzi, którzy mnie doskonale rozumieją, mają podobne doświadczenia, a co najważniejsze - są żywym przykładem na to, że MOŻNA pokonać uzależnienie. Zatem jeśli ktoś się waha - iść czy nie iść - zachęcam do spróbowania. W dużych miastach grup AA jest bardzo dużo, można więc sprawdzić kilka i zostać w tej, w której czuć się będziemy najlepiej. Mojej grupy ze Skorupki nie zamieniłabym na żadną inną. Chodzę tam w podskokach, jak na spotkanie z najserdeczniejszymi członkami rodziny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz