Szukaj na tym blogu

czwartek, 22 października 2015

Jak walczyłam z lekomanią?

W tym wpisie skupię się na swojej drodze lekomanki - od czasu, kiedy pierwszy raz sięgnęłam po Zolpidem, po dzień dzisiejszy.

lekomanka licząca tabletki


Pierwszy raz Zolpidem dostałam od swojej Mamy po ciężkim rozstaniu z byłym chłopakiem. Byłam zapłakana, roztrzęsiona, a pora była już późna. Po tabletce zasnęłam jak kamień i spokojnie przespałam całą noc. Ale na szczęście nie wpadło mi wówczas do głowy, by korzystać z tego "wspomagacza" dzień w dzień. Było to w 2004 roku.

Regularniej (co 2-3 dni) zaczęłam brać to świństwo w 2 lata później. I nie ma co ukrywać, organizm zaczął się już przyzwyczajać, nie mówiąc o mojej psychice, która beztrosko zakodowała sobie informację treści następującej: "Nie weźmiesz, to nie zaśniesz". Po jakimś czasie zaczęłam brać codziennie po jednej tabletce.

Potem zlitował się nade mną lekarz rodzinny i wystawił receptę na upragniony specyfik. Dostałam też Xanax, którym wspomagałam się w ciągu dnia (pracowałam wówczas jeszcze w firmie, w której mobbing kwitł niczym pierwiosnki na wiosnę). Dno osiągnęłam, gdy poszłam do niewłaściwej doktor psychiatry. Fakt, nerwica i depresja już się nieźle w moim ciele czuły, ale jako pierwszy lek zaproponowano mi Effectin (który powinno się brać po wypróbowaniu innych specyfików - wtedy nie miałam o tym pojęcia). Efekty Effectinu zamieszczam poniżej:
  • przytycie 8 kilogramów;
  • po przyjęciu pierwszej dawki około 3 tygodni normalnego życia, potem równia pochyła;
  • zwiększenie dawki (na polecenie lekarza) i powtórka z rozrywki (3 tygodnie okej, potem dramat);
  • nasilenie arytmii komorowej;
Gdy poszłam do pani doktor i nieśmiało stwierdziłam, że czuję się coraz gorzej, kolejny raz usłyszałam, że trzeba zmienić dawkę. Starczyło mi przytomności umysłu, by już niczego nie zwiększać, tylko stopniowo ograniczać lek, który mnie osobiście nie służył. Taka mądra nie byłam już w przypadku Zolpidemu.

Zmieniłam psychiatrę, dostałam inne leki, nastrój się ustabilizował na tyle, bym nie popadała w czarną rozpacz, ale Zolpidem brałam dalej. I zwiększałam dawkę, bo tylko po nim wracało mi dobre samopoczucie. No i spałam.

Po kilku latach byłam już lekomanką na całego, choć wypierałam to z siebie wszystkimi czterema kończynami. Fakt, że dwukrotnie (przy sprzyjających okolicznościach) udało mi się zerwać z Zolpidemem, utwierdzał mnie w przekonaniu, że w każdej chwili powtórzę tę sztukę i trzeci raz.

W ten sposób doszłam do momentu, w którym Zolpidemem zaczynałam dzień i również nim ów dzień kończyłam. Na myśl o ograniczeniu, wpadałam w furię i wściekłość, a moje myśli skupiały się tylko na tym, by zdobyć następną receptę na ukochany specyfik.

Jak udało mi się zredukować dawkę?

Otrzymałam od życia potężny cios i musiałam w końcu przejrzeć na oczy. Sam fakt uświadomienia sobie, że mam problem, pozwolił mi zmniejszyć dawkę dwukrotnie. Potem czterokrotnie. Ale to wciąż nie było zwycięstwo, raczej kilka udanych potyczek.

Brak odpowiednich ilości Zolpidemu w moim organizmie, wzbudzał w nim niezadowolenie. Zaczęły mi się trząść ręce, wróciły lęki, wpadłam w potężną apatię, potęgowaną sytuacją życiową. Na szczęście wówczas na mojej drodze pojawili się już Anonimowi Alkoholicy, których wsparcie pozwoliło mi zaprzeć się przy swojej decyzji o dalszej redukcji paskudztwa.

Wiem, że zejść z tego nie da się z dnia na dzień - po tylu latach brania. Ale każda godzina przeżyta bez tabletki, to dla mnie duży sukces. A skoro udało się przez jedną godzinę, to powinno się udać przez kolejną, prawda?

Bardzo pomogły mi też:
  • spacery - wyjście z domu wykluczało sięganie po leki, za to uprawiany przez godzinę lub dłużej marsz, poprawiał mi samopoczucie (i przy okazji kondycję);
  • śpiewanie - tak już mam, że lubię śpiewać, a ciężko to robić z gębą zapchaną po brzegi lekami;
  • sprzątanie - zmniejszenie bałaganu w moim najbliższym otoczeniu, wpływało kojąco na moją psychikę;
  • inni ludzie - towarzystwo prawdziwych przyjaciół okazało się bezcenne. Motywowali mnie do dalszej walki, wyciągali z domu, gdy nie miałam na to ochoty;
  • oglądanie głupot - skoncentrowanie się na ulubionym serialu, ciekawym filmie czy zabawnych klipach z YouTube, przynajmniej na chwilę odrywało mnie od myślenia o Zolpidemie;
  • realizowanie programu 12 Kroków - możliwość spojrzenia z dystansem na to, co działo się ze mną, gdy brałam, pozwoliło mi utwierdzić się w swojej decyzji: że nigdy więcej nie chcę być takim egoistycznym, zamulonym potworem.
Wciąż nie jest idealne. Ale jest lepiej. Zdaję sobie sprawę z zagrożeń, jakie niesie ze sobą niekontrolowane łykanie tabletek. I wiem, że jeśli nawet czasem przez ich brak do głosu dochodzą emocje, przykre wspomnienia - trudno, tak właśnie musi być. Bo co to za życie, które ucieka między palcami, w którym niczego się nie czuje? To tylko egzystencja. A ja bardzo chcę żyć. Tak prawdziwie żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz