Szukaj na tym blogu

piątek, 16 października 2015

Alkoholizm - początki nałogu i ciąg dalszy tej historii

Jak już wspomniałam w jednym z wpisów, początek tego roku spędziłam chlejąc wszystko, co popadnie. Z całą pewnością nie piłam dla przyjemności, bo wlewałam w siebie wszystko, co było pod ręką, w tym wódę i whisky, których z serca nienawidzę. I trwał ten cyrk jakoś do pierwszych dni kwietnia.

połączenie palenia z piciem alkoholu

Po kiego czorta mi to było? W połączeniu z nieszczęsnym Zolpidemem, pozwalało mi:

  • stać się głuchą i ślepą na to, co złego działo się w moim życiu (lepiej nie widzieć niż działać);

  • niemal "z marszu" zasnąć;

  • i, co smutne, nabierać odwagi na bardziej drastyczne metody "radzenia" sobie z życiem, którego wówczas nienawidziłam (a nienawidziłam w nim wszystkiego, ze sobą na czele) - myśli samobójcze po takich mieszankach zjawiały się błyskawicznie i szeptały mi do ucha, że lepiej będzie światu beze mnie.

Na trzeźwo z pewnością na swoje życie bym się nie targnęła, ale po alkoholu w takich ilościach? Pewnie! Jedną próbę mam już za sobą. Jak widać, nie przeprowadzoną do końca. I całe szczęście.

A zaczęło się od złudnej nadziei na polepszenie sobie samopoczucia procentami. O ile jednak alkohol mnie ogłupiał (a z czasem wręcz przygnębiał - super pomysł po prostu, żeby chlać przy zdiagnozowanej depresji!), o tyle radosnych nastrojów po nim nie miewałam. Raczej skłaniał mnie do wyczyniania różnych idiotyzmów, na które dzisiaj, z perspektywy czasu, spoglądam ze zgrozą.

W kwietniu postanowiłam skończyć z tym świństwem definitywnie, bo wiedziałam już, że jeśli sięgnę po choć jedno, "niewinne" piwo, to na nim się nie skończy, a ciąg przybiegnie do mnie świńskim truchtem i diabli wiedzą ile puszek i butelek koło łóżka zastanę nad ranem. Kompletna niemożność przypomnienia sobie części wyczynów, jakie odstawiałam po pijaku, również przeważyła szalę i postanowiłam nie pić.

Może wydawać się to proste. Ale dla alkoholika czy alkoholiczki, wcale nie jest. W towarzystwie znajomi w końcu piją. Ja staram się na ich szklanki nie patrzeć i wlewać w siebie sok pomarańczowy i jest to jeszcze jakoś do zniesienia. Znajomi nie zadają głupich pytań "A czemu nie pijesz?", zwyczajnie sprawę akceptują, pojęcia nie mając o mojej chorobie. Ale dzisiaj w nowej pracy ogarnęło mnie przerażenie. Okazało się, że czas wolny moi koledzy i koleżanki z biura, spędzają na popijawach tak ostrych, że nawet moje ciągi wydają się przy nich dziecięcą zabawą. W oczach zrobiło mi się ciemno i natłok myśli natychmiast wbił się do głowy. Kiedyś zaproszenie na imprezę, na której pije się od wieczora do bladego świtu, uznałabym za świetny pomysł. Dziś? O nie, żadne takie! Bliskość alkoholu wciąż jest dla mnie zagrożeniem i wiem, że jeśli się skuszę, cała moja praca nad wyjściem z nałogu, będzie, za przeproszeniem, o kant dupy.

Ale pal licho imprezy. Nie muszę na nie chodzić. Gorzej, że dobre 20% rozmów poświęconych jest licytowaniu się: kto ile wypił, kto kiedy idzie pić, kto co wypił i czemu było to tak dobre i tym podobne i tak dalej. W czasie tych rozmów nieruchomieję i muszę wówczas dość zabawnie wyglądać - taka jednostka przypominająca postać przemienioną w słup soli, normalnie Sodoma i Gomora się kłaniają. 

I pomyśleć, że naiwnie sądziłam, że jestem na dobrej drodze do uwolnienia się od głodów alkoholowych. A tu g... gucio, znaczy. Po niemrawym powrocie z pracy, zestresowana nadmiarem roboty i wizją siedzenia przy sprawach zawodowych również w domu, weszłam do sklepu. No i mój wzrok bezwiednie pomknął w kierunku lodówek zapchanych rozmaitymi typami piw. Gapiłam się na ten obraz przez chwilę, aż w końcu dotarło do mnie, na co patrzę. Szybko złapałam zakupy typowo spożywcze (jakieś bułki, serki i tym podobne produkty), dopadłam kasy i świńskim truchtem wybiegłam ze sklepu.

Oj, Panie i Panowie, nie jest dobrze! Jeśli zwykłe gadanie o nakrapianych imprezach wywołało we mnie taką reakcję, to chyba kolejne miesiące i lata trzeźwości (cały czas upieram się, że nie dam się złamać i alkoholu kijem nie ruszę) będą niezłym wyzwaniem, przynajmniej w towarzystwie ludzi z nowej pracy.

Ale, jak zawsze, życie udzieliło mi lekcji i pogroziło palcem. Taka byłam pewna, że teraz to już z górki? Głupia gropa (znaczy się, ja). Z górki nie będzie nigdy, bo pokusy czają się, jak widać, wszędzie. Dawno nie miałam już głodów alkoholowych i stąd to dzisiejsze przerażenie. Ale optymistycznie zakładam, że przy odpowiednim nastawieniu, w poniedziałek będę już na tyle silniejsza, by zwyczajnie zignorować poruszane tematy dotyczące procentów. Cóż, kolejne wyzwanie przede mną. Hmm... coś mi się zdaje, że od paru miesięcy moje życie składa się wyłącznie z wyzwań. Ale to chyba dobrze, w końcu służą one wzmacnianiu słabego jeszcze charakteru jednostki uzależnionej.

A z dobrych wieści? Jutro sobota! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz