Szukaj na tym blogu

sobota, 31 października 2015

Październik był miesiącem alkoholowych pokus

Przynajmniej dla mnie. Trzykrotnie częstowano mnie alkoholem w nowej pracy. A to impreza, a to urodziny, a to jeszcze coś innego. Raz prawie się złamałam i już miałam sięgnąć po kieliszek, kiedy nagle dotarło do mnie, co robię.

wino

Niemal codzienne dyskusje o nakrapianych imprezach też nie pomagały. Ale zaczęłam się powoli na nie uodparniać, co nie oznacza, że odpuściłam sobie czujność. Zwłaszcza, że w chwilach nasilonego stresu, przez głowę przewija mi się myśl "Może tylko jedno piwo?". Wiem jednak, że gdybym to piwo wytrąbiła, to na nim "zabawa" wcale by się nie skończyła, a w ramach pary do procentów, wystąpiłyby leki. Taki duet już mi towarzyszył i dziękuję - nigdy więcej.

Przetrwałam zatem październik, kolejny miesiąc bez kieliszka. Z Zolpidemem wciąż walczę, ale znacznie trudniej odstawić go całkiem, nawet przy stosunkowo niewielkiej ilości jaką obecnie biorę na sen. Perspektywa nieprzespanej nocy wywołuje u mnie panikę, a panika to dla mnie kolejne zagrożenie - wtedy łatwiej sięgnąć po więcej tłumacząc sobie "Muszę się uspokoić, a inaczej nie dam rady". Unikam zatem też tego uczucia paniki jak mogę.

Mam wrażenie, że trzeźwienie w dużej mierze opiera się właśnie na unikaniu. Pokus, sytuacji sprzyjających przerwaniu abstynencji, a także stanu ducha, który sprzyja sięgnięciu po kielicha lub garść tabletek.

W tym miesiącu też się zatem udało (no, panika się pojawiała, ale szczęśliwie zwalczałam ją innymi metodami - najlepsze jest wyjście z domu i szybki marsz). Co przyniesie listopad? Pożyjemy, zobaczymy :)

wtorek, 27 października 2015

O poczuciu własnej wartości

Niskie poczucie własnej wartości często dotyka osób z depresją. Trudno stwierdzić, co było pierwsze - niska samoocena prowadząca do depresji, czy też poczucie bycia jednostką bezwartościową, które pojawiło się po zachorowaniu. Pewnie jest to kwestia indywidualna. Wiem tylko, że u mnie wrażenie bycia "nikim" pojawiło się we wczesnym dzieciństwie, a depresja wyłącznie to wrażenie pogłębiła.

kobieta cierpiąca na brak pewności siebie

No i już widać, że dzisiejszy wpis nie będzie utrzymany w stylu frywolnym, lecz takim bardziej poważnym. I że tytuł wpisu powinien chyba raczej brzmieć: "O braku poczucia własnej wartości".

Nie piszę tu własnej autobiografii, a i Czytelników pewnie niezbyt interesują moje problemy z dzieciństwa, więc postaram się możliwie skrócić to sięganie do korzeni i przejść do dnia dzisiejszego. Ale bez poruszenia tego, co było, ciężko będzie mi pisać o tym, co jest teraz. A było nieciekawie o tyle, że od czasu rozwodu rodziców (liczyłam wówczas 5 wiosen), stałam się osobą zamkniętą w sobie i przesadnie dojrzałą. Nie potrafiłam wygłupiać się z rówieśnikami, byłam raczej milczącym odludkiem i trwało to jakoś do połowy czasów licealnych, po czym wróciło na pierwszych studiach. Miałam mnóstwo kompleksów i nie jest wykluczone, że to te kompleksy dołożyły co nieco do wspomnianego w poprzednim wpisie guana, zwanego uzależnieniem.

Nie ma co czarować - byłam pulchna, kiepska w sporcie, słuchałam innej muzyki niż wszyscy w moim wieku, nie oglądałam tych samych filmów co koledzy/koleżanki z klasy, byłam takim klasowym "dziwakiem". W podstawówce zaczęło mi się z tego tytułu obrywać w ostatnich latach, w pierwszym liceum - od pierwszego dnia. Wtedy jeszcze nie piłam (w przeciwieństwie do innych), nie chodziłam na imprezy, nie lubiłam jeździć na "zakrapiane" wycieczki. Słowem - kiepskie było ze mnie towarzystwo.

Im bardziej byłam odrzucana przez innych, tym bardziej zamykałam się w sobie i w końcu się to na mnie zemściło. Tłumione emocje, poczucie braku kontroli nad własnym życiem i niezadowolenie z siebie i tego, jak to moje życie wygląda, zapoczątkowało pierwsze "topienie smutków" w piwie. Był to krótki etap, trwał kilka miesięcy, pozbierałam się do kupy, ale nadszedł cios kolejny. Zmieniłam pracę, w której kwitł mobbing i wówczas pierwszy raz zetknęłam się z Xanaxem przepisanym mi z uwagi na zdiagnozowaną nerwicę. To jednak też był etap. Pierwszym moim poważnym uzależnieniem była anoreksja.

Można się zastanawiać czy anoreksja to uzależnienie, skoro chorując na nią nie je się. Ale owszem, powstrzymywanie się od jedzenia, obsesyjne liczenie kalorii, pilnowanie wagi - czym innym to jest, jak nie uzależnieniem? Wybrnęłam z tego, zanim przemieniłam się na trwałe w chodzący szkielet i nawet zaczęłam się sobie podobać. Ale czy niższa waga wyleczyła mnie z poczucia niższej wartości? Jasne, że nie.

Wciąż czułam się gorsza, a przynajmniej "nie dość dobra". I tak jest do dzisiaj. Najmniejsza porażka staje się dla mnie zapowiedzią końca świata i sprawia, że niska samoocena zbliża się do dna. Jeśli odniosę jakiś sukces, cieszę się nim krótko, bo szybko pojawia się myśl, że może to przypadek? Może nie zasłużyłam? Może ktoś się pomylił, a ja wcale nie jestem aż tak dobra?

Utrudnia to życie potwornie, bo ciężko jest funkcjonować z nastawieniem, że jest się słabym, nieporadnym, nieprzydatnym. Zamiast cieszyć się z odstawienia alkoholu myślę sobie czasem "A czy ja w tym wytrwam?". Jeśli sięgnę po lek, bez którego nie usnę, pojawiają się wyrzuty sumienia i myśli "Ty żałosna ćpunko". Tak, jak w czasie trwania ciągów alkoholowych obwiniałam po równo siebie i innych (no dobrze, innych chyba bardziej niż siebie, bo własne zachowania usiłowałam tłumaczyć na tysiące sposobów), tak teraz wpadam czasem w tryb "samobiczowania".

Pokochaj siebie

Tak powiedział mi znajomy, który wygrał z depresją. Postukałam się palcem w czoło. Jak mam siebie kochać? Tę słabą istotę, która znów przytyła i przestała podobać się sobie nie tylko z charakteru, ale i pod względem fizycznym? Tę ćpunkę i alkoholiczkę, którą będę już przecież do końca życia, nawet jeśli trzeźwą?

Myślę jednak, że coś w tym może być. Może nie od razu kochać siebie, ale chociaż trochę polubić. Przestać wyolbrzymiać problemy i porażki (poprzestając na wyciąganiu z nich wniosków, a nie udręczaniu się), cieszyć najmniejszymi nawet sukcesami.

To z pewnością praca na lata. Skoro przez lata swój umysł karmiłam wyłącznie negatywną wizją siebie, "odkręcenie" tego procesu będzie wymagać kolejnych lat. Mam jednak nadzieję, że mi się to uda. Z pewnością ułatwiłoby mi to zarówno codzienne funkcjonowanie, jak i dodało sił do walki z uzależnieniami. Bo uwierzyłabym wreszcie w coś, co do mnie na ten moment nie ma dostępu. Że naprawdę dam radę - i wytrwam.

poniedziałek, 26 października 2015

Stres sprzyja uzależnieniom...

... a także zawałom, arytmii serca, nerwicy, depresji i masie innych dolegliwości, o posiadaniu których mało kto z pewnością marzy. Nie liczę masochistów. Nie o masochistach jednak mam pisać, ani o arytmiach (choć sama takową dysponuję), tylko o uzależnieniach. A zatem spróbuję skupić się na temacie, zawartym w tytule wpisu.

zestresowany mężczyzna

Jasną jest rzeczą, że człowiek zestresowany, chętnie by na chwilę (bodaj krótką!) o tym stresie zapomniał. Wyparł z głowy myśli o irytującej i męczącej pracy, o problemach rodzinnych, finansowych i innych takich, z którymi chyba każdy ma do czynienia. Jeśli ktoś nie ma, pozostaje mu dziko zazdrościć. Cóż zatem robi jednostka zestresowana? Zapewne są ludzie, którzy zagryzą zęby i przez ten stres spróbują jakoś przebrnąć, narażając się na szczękościsk, względnie wręcz przeciwnie - bruksizm. Zapewne są i tacy, którzy stres nagromadzony w ciągu dnia, potrafią "odespać" nocą i rano budzą się radośni, pełni sił na zmierzenie się z kolejnymi 24 godzinami. Niestety są i takie ludzkie jednostki, które dla rozluźnienia walą sobie kielicha, łykają tabletki na uspokojenie i dopiero po takim działaniu są w stanie jako tako funkcjonować. Sama do takich jednostek się zaliczałam i wiem niestety, jak się to kończy. Z pewnością nie dla wszystkich, ale dla mnie i wielu mnie podobnym, finałowym "osiągnięciem" takiej "walki ze stresem" jest wdepnięcie w guano zwane uzależnieniem.

Nie stresować się!

Haha, dobre sobie. Ilekroć od jakiegokolwiek lekarza czy jednostki znajomej słyszałam takie słowa, osiągałam jeszcze wyższy poziom stresu niż na chwilę przed uzyskaniem tej bezcennej rady. Jak, na litość boską, mam się nie stresować?! Na palcach jednej ręki jestem w stanie wymienić osoby, które znam i które ową sztukę mają opanowaną do perfekcji. Cała reszta dysponuje zjechanymi od zgrzytania zębami, siwymi włosami pokrywającymi skronie, względnie poważnie nawalającymi narządami wewnętrznymi i zwichrowaną psychiką.

Skoro zatem całkowite zobojętnienie na stres (osiągane siłą woli, a nie dzięki używkom), w grę nie wchodzi, jak radzić sobie z tym potworem? Znalazłam tylko jeden sposób działający na dłużej, choć daleki jest on od doskonałości. Mianowicie - zmęczyć się. Fizycznie, broń Boże psychicznie!

Ponoć ruch powoduje przypływ endorfin, o euforii biegacza wszyscy chyba słyszeli, zatem niech będzie. Przetestowałam na sobie i przyznaję, że coś jest na rzeczy. Szybki marsz, kręcenie hula hopem, wyczynianie rozmaitych sztuk tanecznych - cokolwiek, co wymaga aktywności i ruszenia czterech liter. I co trwa przynajmniej pół godziny, a dobrze, gdy dłużej. Po takim solidnym wymęczeniu organizmu, istotnie wszystkie ciążące na głowie problemy tracą nieco na sile i człowiekowi robi się na duszy jakby lepiej. Przynajmniej dzieje się tak w moim przypadku.

Problem w tym, że nie codziennie mamy możliwość uprawiania marszy jesiennych (względnie wiosennych, zimowych czy letnich), nie każdego dnia możemy radośnie podskakiwać w rytm ulubionych utworów i nie każdego dnia mamy po prostu siłę, by zmusić się do takiej aktywności. Warto jednak przynajmniej ze dwa - niech będzie i trzy, razy w tygodniu, poświęcić godzinę na rozruszanie własnego czcigodnego zadka. Całkowicie to stresu nie wyeliminuje, ale przynajmniej sprawi ulgę. Przynajmniej na jakiś czas.

Co poza zmęczeniem?

Szczerze przyznam, że próbowałam różnych rzeczy. Usiłowałam medytować (nic z tego, nie jestem w stanie powstrzymać galopujących myśli) czy ćwiczyć jogę (zabrakło konsekwencji). Całkiem dobrze robi mi z pewnością śpiewanie na całe gardło (że też sąsiedzi to znoszą?), czytanie książek (któremu, z pewnością ku uciesze sąsiadów, nie towarzyszą dodatkowe atrakcje akustyczne) i oglądanie głupot w telewizji (względnie na komputerze). Wszystko to jednak działa wyłącznie w czasie, który poświęcam wykonywaniu danej czynności. Zaraz po jej zakończeniu stres rozkosznie wraca, niejednokrotnie spotęgowany idiotycznymi lękami (nerwica się kłania).

Jako jednostka uparta z całą pewnością szukać będę sposobów, które pozwolą mi stres jako tako opanować i okiełznać, bo że służy on uzależnieniom (które z kolei mnie nie służą kompletnie), jestem w pełni przekonana. Jeśli uda mi się odkryć jakąś cudowną metodę, z pewnością nie omieszkam podzielić się nią z szerszym gronem. A póki co, pozostają mi spacery, zdzieranie gardła i lektura książek.

czwartek, 22 października 2015

Jak walczyłam z lekomanią?

W tym wpisie skupię się na swojej drodze lekomanki - od czasu, kiedy pierwszy raz sięgnęłam po Zolpidem, po dzień dzisiejszy.

lekomanka licząca tabletki


Pierwszy raz Zolpidem dostałam od swojej Mamy po ciężkim rozstaniu z byłym chłopakiem. Byłam zapłakana, roztrzęsiona, a pora była już późna. Po tabletce zasnęłam jak kamień i spokojnie przespałam całą noc. Ale na szczęście nie wpadło mi wówczas do głowy, by korzystać z tego "wspomagacza" dzień w dzień. Było to w 2004 roku.

Regularniej (co 2-3 dni) zaczęłam brać to świństwo w 2 lata później. I nie ma co ukrywać, organizm zaczął się już przyzwyczajać, nie mówiąc o mojej psychice, która beztrosko zakodowała sobie informację treści następującej: "Nie weźmiesz, to nie zaśniesz". Po jakimś czasie zaczęłam brać codziennie po jednej tabletce.

Potem zlitował się nade mną lekarz rodzinny i wystawił receptę na upragniony specyfik. Dostałam też Xanax, którym wspomagałam się w ciągu dnia (pracowałam wówczas jeszcze w firmie, w której mobbing kwitł niczym pierwiosnki na wiosnę). Dno osiągnęłam, gdy poszłam do niewłaściwej doktor psychiatry. Fakt, nerwica i depresja już się nieźle w moim ciele czuły, ale jako pierwszy lek zaproponowano mi Effectin (który powinno się brać po wypróbowaniu innych specyfików - wtedy nie miałam o tym pojęcia). Efekty Effectinu zamieszczam poniżej:
  • przytycie 8 kilogramów;
  • po przyjęciu pierwszej dawki około 3 tygodni normalnego życia, potem równia pochyła;
  • zwiększenie dawki (na polecenie lekarza) i powtórka z rozrywki (3 tygodnie okej, potem dramat);
  • nasilenie arytmii komorowej;
Gdy poszłam do pani doktor i nieśmiało stwierdziłam, że czuję się coraz gorzej, kolejny raz usłyszałam, że trzeba zmienić dawkę. Starczyło mi przytomności umysłu, by już niczego nie zwiększać, tylko stopniowo ograniczać lek, który mnie osobiście nie służył. Taka mądra nie byłam już w przypadku Zolpidemu.

Zmieniłam psychiatrę, dostałam inne leki, nastrój się ustabilizował na tyle, bym nie popadała w czarną rozpacz, ale Zolpidem brałam dalej. I zwiększałam dawkę, bo tylko po nim wracało mi dobre samopoczucie. No i spałam.

Po kilku latach byłam już lekomanką na całego, choć wypierałam to z siebie wszystkimi czterema kończynami. Fakt, że dwukrotnie (przy sprzyjających okolicznościach) udało mi się zerwać z Zolpidemem, utwierdzał mnie w przekonaniu, że w każdej chwili powtórzę tę sztukę i trzeci raz.

W ten sposób doszłam do momentu, w którym Zolpidemem zaczynałam dzień i również nim ów dzień kończyłam. Na myśl o ograniczeniu, wpadałam w furię i wściekłość, a moje myśli skupiały się tylko na tym, by zdobyć następną receptę na ukochany specyfik.

Jak udało mi się zredukować dawkę?

Otrzymałam od życia potężny cios i musiałam w końcu przejrzeć na oczy. Sam fakt uświadomienia sobie, że mam problem, pozwolił mi zmniejszyć dawkę dwukrotnie. Potem czterokrotnie. Ale to wciąż nie było zwycięstwo, raczej kilka udanych potyczek.

Brak odpowiednich ilości Zolpidemu w moim organizmie, wzbudzał w nim niezadowolenie. Zaczęły mi się trząść ręce, wróciły lęki, wpadłam w potężną apatię, potęgowaną sytuacją życiową. Na szczęście wówczas na mojej drodze pojawili się już Anonimowi Alkoholicy, których wsparcie pozwoliło mi zaprzeć się przy swojej decyzji o dalszej redukcji paskudztwa.

Wiem, że zejść z tego nie da się z dnia na dzień - po tylu latach brania. Ale każda godzina przeżyta bez tabletki, to dla mnie duży sukces. A skoro udało się przez jedną godzinę, to powinno się udać przez kolejną, prawda?

Bardzo pomogły mi też:
  • spacery - wyjście z domu wykluczało sięganie po leki, za to uprawiany przez godzinę lub dłużej marsz, poprawiał mi samopoczucie (i przy okazji kondycję);
  • śpiewanie - tak już mam, że lubię śpiewać, a ciężko to robić z gębą zapchaną po brzegi lekami;
  • sprzątanie - zmniejszenie bałaganu w moim najbliższym otoczeniu, wpływało kojąco na moją psychikę;
  • inni ludzie - towarzystwo prawdziwych przyjaciół okazało się bezcenne. Motywowali mnie do dalszej walki, wyciągali z domu, gdy nie miałam na to ochoty;
  • oglądanie głupot - skoncentrowanie się na ulubionym serialu, ciekawym filmie czy zabawnych klipach z YouTube, przynajmniej na chwilę odrywało mnie od myślenia o Zolpidemie;
  • realizowanie programu 12 Kroków - możliwość spojrzenia z dystansem na to, co działo się ze mną, gdy brałam, pozwoliło mi utwierdzić się w swojej decyzji: że nigdy więcej nie chcę być takim egoistycznym, zamulonym potworem.
Wciąż nie jest idealne. Ale jest lepiej. Zdaję sobie sprawę z zagrożeń, jakie niesie ze sobą niekontrolowane łykanie tabletek. I wiem, że jeśli nawet czasem przez ich brak do głosu dochodzą emocje, przykre wspomnienia - trudno, tak właśnie musi być. Bo co to za życie, które ucieka między palcami, w którym niczego się nie czuje? To tylko egzystencja. A ja bardzo chcę żyć. Tak prawdziwie żyć.

wtorek, 20 października 2015

Meetingi Anonimowych Alkoholików - moje doświadczenia

Dużo potrzebowałam czasu, żeby ruszyć swój zacny zadek i zdecydować się na uczęszczanie na meetingi dla osób uzależnionych. W głowie, jak to u mnie bywa, kłębiły się setki myśli.

grupa

Moich obaw było tak wiele, że spokojnie mogę je tutaj wyszczególnić:
  • wstyd - komu byłoby łatwo pójść do obcych ludzi i na głos powiedzieć: "Jestem lekomanką i alkoholiczką?". Powód do dumy z pewnością to nie jest;
  • niepewność - jak wyglądają takie spotkania? Czytałam wcześniej o jakimś trzymaniu się za ręce, świecach, modlitwach... Matko, sekta to jakaś? Może mają jeszcze w pomieszczeniu jakieś martwe zwierzęta, a przystąpienie do "klubu" wymaga złożenia przysięgi? Jasny gwint, co tam się może wyprawiać?!
  • strach przed ludźmi - kogo tam spotkam? Żuli spod budki z piwem? Jednostki zaniedbane do granic możliwości i wydzielające z siebie mało aromatyczne zapachy?
  • obawa przed zabieraniem głosu - co będę musiała mówić? Coś chyba będę musiała, w końcu w takich grupach się rozmawia. Matko jedyna, mam się obnażać wewnętrznie przed osobami, których na oczy nie widziałam?
  • czas trwania spotkań - blisko dwie godziny, wśród alkoholików (fakt, trzeźwiejących, ale jednak obcych), czy ja to wytrzymam? Czy będę mogła, w razie czego "uciec"?

Te i inne pytania kotłowały mi się po głowie i na meeting na Skorupki w Łodzi wybierałam się z duszą na ramieniu. Dodatkowo wahając się straszliwie, bo nie piję od kwietnia, ale abstynencja jeśli chodzi o Zolpidem, jest jeszcze ode mnie oddalona, wciąż parszywe tabletki biorę na noc, choć dawkę ograniczyłam potężnie (ze wstydem piszę te słowa, ale potrafiłam sobie na Zolpidemie przejechać cały dzień). Na Skorupki spotykają się też narkomani, kwadrans przed Aowcami. Która grupa będzie lepsza?

Z tym chaosem w umyśle stanęłam przed drzwiami odpowiedniego budynku. Gdzieś tam obok zbierali się jacyś ludzie, normalnie wyglądający. Więc chyba nie na meeting? Okazało się, że jednak na meeting. Po krótkiej rozmowie okazało się, że grupa AN (Anonimowych Narkomanów) "bywa", ale nie zawsze, a na taki dzień właśnie trafiłam. Tkwiłam więc zdezorientowana i przestraszona, nie mając pojęcia, co dalej. I wtedy podszedł do mnie anioł w postaci mojej obecnej sponsorki. Anioł rzekł słowa "To chodź do nas!", wziął mnie za rękę i poprowadził na miejsce spotkania.

Nieufnie rozejrzałam się po sali. No okej, świece są. W miejsce kotła czarownic ujrzałam wyłącznie wysoki kapelusz, położony przed prowadzącym spotkanie. Dostałam kubek ciepłej herbaty. Gdy wszyscy zajęli już miejsca, przewodniczący odczytał zasady obowiązujące na meetingu. Niepewna, podniosłam rękę i spytałam, czy jako alkoholiczka, ale aktualnie z większym problemem w postaci lekomanii, mogę w ogóle uczestniczyć w tych spotkaniach? Wówczas odezwał się drugi Anioł i powiedział "A co to za różnica? Uzależnienie to uzależnienie". Nikt na sali nie wyraził sprzeciwu wobec mojej obecności i poczułam się trochę lepiej.

Kolejnym punktem było przedstawienie się, rzecz jasna tylko z imienia. Spodobało mi się to. Każdy wypowiada swoje imię, np. "Kaśka, alkoholiczka", a cała grupa mówi "Cześć Kaśka!" i już atmosfera robi się swobodniejsza.

Modlitwa, która tak uparcie kojarzyła mi się z sektą, okazała się po prostu zbiorem pięknych słów, wypowiadanych wspólnie:


Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to co mogę zmienić
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.


Po modlitwie wszyscy ściskając sobie ręce (stoi się wówczas w kręgu) mówią "Cześć!" i potrząsają dłońmi.

Reszta moich obaw znikła bardzo szybko. Dziś mogę stwierdzić, że rozumiem już dlaczego na spotkania przychodzą osoby trzeźwe od 22 lat (na początku wydawało mi się to szaleństwem! Co, rodzin nie mają, domów? Po co przychodzą? Teraz już wiem po co - dla reszty grupy, by podzielić się swoimi bieżącymi problemami i sukcesami, by dzięki bliskości innych alkoholików, przegnać precz chęć sięgnięcia po alkohol).

Ludzie? Genialni! Inteligentni, wykształceni, na poziomie, a do tego szalenie sympatyczni, życzliwi, cierpliwi, chętni do niesienia pomocy innym.

Wypowiedzi? Dobrowolne. Nikt nikogo do wypowiedzi nie zmusza, można mówić, można milczeć i słuchać innych.

Wcześniejsze wyjście? Nie ma sprawy, zero pretensji (choć przyznam - mnie się jeszcze nie zdarzyło opuścić spotkania przed jego zakończeniem).

Podsumowując - meeting AA był dla mnie strzałem w dziesiątkę. Od 5 miesięcy żyję od wtorku do wtorku, bo wiem że spędzę dwie godziny w towarzystwie świetnych ludzi, którzy mnie doskonale rozumieją, mają podobne doświadczenia, a co najważniejsze - są żywym przykładem na to, że MOŻNA pokonać uzależnienie. Zatem jeśli ktoś się waha - iść czy nie iść - zachęcam do spróbowania. W dużych miastach grup AA jest bardzo dużo, można więc sprawdzić kilka i zostać w tej, w której czuć się będziemy najlepiej. Mojej grupy ze Skorupki nie zamieniłabym na żadną inną. Chodzę tam w podskokach, jak na spotkanie z najserdeczniejszymi członkami rodziny.

poniedziałek, 19 października 2015

Dlaczego uzależnienia są tak podstępne

Uzależnienia można porównać do nawyków (oczywiście tych szkodliwych), o których często mówi się, że są drugą naturą człowieka. I niestety to prawda. Jako istoty ludzkie bardzo łatwo "wpadamy" w nałogi. Dlaczego tak się dzieje?

kobieta z lekami w ręce

Prawda numer jeden

Szybko przyzwyczajamy się do tego, co dla nas dobre. I nie ma znaczenia czy przyjemność sprawia nam jedzenie, lampka wina przed snem, wypalenie papierosa czy też upojne oddawanie się grze w kasynie. Niektóre przyzwyczajenia wywołują w nas błogi spokój (a któż nie lubi stanu rozluźnienia?), inne powodują skok adrenaliny (bez której niektórzy nie wyobrażają sobie życia). Zatem mówiąc krótko: mamy tendencję do fundowania sobie tego, co sprawia nam przyjemność i zaspokaja nasze potrzeby.

Prawda numer dwa

Gdy w czymś wyjątkowo się rozsmakujemy, chętnie sięgamy po to coś częściej. Pół biedy, jeśli do szczęścia wystarczy nam wspomniany wcześniej kieliszek wina, wypity raz na jakiś czas. Gorzej, gdy spragnieni tego niesamowicie przyjemnego uczucia jakie wiąże się z daną używką/czynnością, zaczynamy coraz częściej dążyć do ponownego przeżywania upojnych doznań. Wówczas pojawia się już uzależnienie psychiczne.

Prawda numer trzy

Organizm ludzki to nie zegarek szwajcarski - łatwo go rozregulować. I łatwo przyzwyczaić do tego, co mu aplikujemy. Dość szybko przyzwyczaja się do tej lampki wina, adrenaliny wywołanej grą w ruletkę (względnie pokera, względnie graniem na automatach - karmionych oczywiście żywą gotówką) i tym podobne i tak dalej. Przyzwyczajony do naszych szaleństw organizm, przestaje reagować w oczekiwany przez nas sposób, a zatem po jakimś czasie lampka wina nie wystarcza już, byśmy poczuli błogi spokój, a lek na uspokojenie zaczyna skutecznością przypominać łykanie witaminy C. Nie otrzymujemy już tego, czego oczekiwaliśmy i czego jesteśmy wściekle wręcz spragnieni. Co zatem robimy? Ano - zwiększamy dawkę, w nadziei na osiągnięcie upragnionego celu. I z powodzeniem. Do czasu, aż i ta zwiększona dawka przestaje na nas działać.

Prawda numer cztery

Nafaszerowany lekami czy alkoholem organizm przestaje prawidłowo funkcjonować, gdy nie otrzymuje odpowiedniej ilości naszego ulubionego specyfiku. I tu pojawia się już uzależnienie fizyczne, z którym wygrać jest wyjątkowo ciężko. Kto choć raz w życiu przechodził detoks, doskonale rozumie skalę problemu. Problemy ze snem, drgawki, potliwość i obsesyjne myślenie o tym, by jak najszybciej skrócić tę męczarnię i zażyć tabletkę lub wypić choć jedno piwo. Jeśli się złamiemy, wracamy do punktu wyjścia. A organizm wciąż będzie chciał więcej i więcej.

Prawda numer pięć

Osoba uzależniona nie jest w stanie kontrolować swoich działań. Jej myśli skupione są wyłącznie wokół nałogu. Zaczyna się kombinowanie - skąd wziąć receptę na upragnione leki, do którego sklepu monopolowego pójść po "flachę", by nie wzbudzić przesadnego zainteresowania personelu, który w końcu może zauważyć, że pani Iksińska czy pan Kowalski coś często wynoszą ze sobą kolejne "litry". Ciężko jest skupić się na pracy, na życiu rodzinnym, a cały dzień organizowany jest pod kątem "użycia sobie"


Jak widać uzależnienia należy traktować poważnie. Nie wynikają z fanaberii czy słabości charakteru, ale są chorobą, która najpierw odbija piętno na psychice, a potem z pazurami łapie się za resztę organizmu. Z tego też względu tak ważne jest, by uzmysłowić sobie fakt bycia uzależnionym, darować już sobie okłamywanie siebie, że "w każdej chwili można z tym skończyć" i rozpocząć poszukiwanie pomocy. Dla niektórych pomocna jest hospitalizacja, dla innych odwyk w ośrodku terapii uzależnień, dla jeszcze innych psychoterapia. Dla mnie najlepszym wyjściem okazały się meetingi AA. Można też oczywiście łączyć poszczególne formy wsparcia - najważniejsze, by otworzyły nam one oczy i pomogły bezwzględnie rozstać się z nałogiem. Który, przynajmniej w przypadku alkoholu, leków czy narkotyków, może doprowadzić do najgorszego.

niedziela, 18 października 2015

Jak podejmować trudne decyzje, czyli o oddzieleniu emocji od rozsądku

Jak już wspominałam w kilku wpisach, na przestrzeni ostatnich miesięcy musiałam podjąć kilka trudnych decyzji, a przede mną - kolejna. Od kiedy zerwałam z nałogami i zaczęłam się uczyć życia w trzeźwości, zmieniło się wiele. W tym moje sposoby na podejmowanie trudnych życiowych wyborów.

trudne decyzje

W większości przypadków emocje nie ułatwiają podejmowania trudnych decyzji. To właśnie uczucia zaczynają szaleć w głowie i za ich sprawką zaczynamy tworzyć setki scenariuszy. Wybiegamy myślami do przodu o miesiące, czasem lata. Wpadamy w błędne koło i w pewnym momencie zapominamy, że decyzja, którą musimy podjąć, z pewnością wpłynie na naszą przyszłość, ale:
  • podejmujemy ją w związku z tym, co dzieje się tu i teraz;
  • przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć, raczej nikt z nas nie jest drugim Nostradamusem.
Warto zatem:
  • od razu zrezygnować z kombinowania na zasadzie: jeśli zrobię to i to, za trzy lata może się okazać że..... [tu jakieś przewidywanie, zwykle bazujące na przeczuciach, a nie na faktach]
  • wyłączyć "magiczne myślenie" [działające na zasadzie przepowiadania przyszłości, czyli: jeśli nie załatwię spraw A i B, to na pewno doprowadzę do dramatu C]
  • odpuścić sobie "myślenie życzeniowe", charakterystyczne głównie dla osób uzależnionych [nic nie będę robić, może ułoży się samo i wszystko będzie dobrze; wmówię sobie, że jest okej, to będzie okej]
Zwykle podejmowanie ważnych decyzji na zasadzie "maglowania scenariuszy" we własnej głowie, sprawdza się średnio. Lepiej chwycić za kartkę i długopis i rozpisać sobie to, co w nas siedzi. Dzięki temu można nabrać pewnego dystansu do problemu, "wyrzucić go z głowy" i skupić się na faktach, widniejących przed nami jak byk. Łatwiej wówczas dostrzec wszystkie za i przeciw i na spokojnie przeanalizować sytuację, podejmując ostatecznie decyzję.

Często nasze wahanie, zwłaszcza u osób z nerwicą (ale nie tylko), wynika z kultowego już porzekadła "Co ludzie powiedzą?". Obawy związane z reakcją otoczenia często hamują nas przed podjęciem decyzji, która ma nam przynieść coś dobrego. Powtórzę: która ma NAM przynieść coś dobrego. Oczywiście jeśli jesteśmy w związku, a nasza decyzja odbije się na tej relacji, warto przedyskutować sprawę z osobą zainteresowaną. Ale jeżeli obawy wiążą się z tym, co powiedzą tak naprawdę obcy nam ludzie (np. w pracy), dajmy sobie od razu spokój. To nasze życie, nie ich. Niech myślą i mówią, co chcą. Z jakiej racji mają wpływać na decyzję, która dotyczy wyłącznie nas?

Odsuwamy więc na bok obawy związane z reakcją otoczenia (które nie jest naszym najbliższym), z emocjami (które radośnie wprowadzają niepotrzebny bajzel i skłaniają nas do zabawy we wróżkę, czytającą przyszłość ze szklanej kuli) i koncentrujemy się na faktach. Gdy odrzucimy od siebie wszystkie wspomniane wyżej "hamulce" powstrzymujące nas od tego, co tak naprawdę będzie dla nas najbardziej korzystne, może się okazać, że doskonale wiemy, co należy zrobić.

Przed chwilą właśnie zafundowałam sobie taką "rozpiskę", spojrzałam na nią chłodnym okiem i okazało się, że doskonale wiem, co powinnam zrobić. I uzbrojona w tę wiedzę, odzyskałam wewnętrzny spokój. Nie mam zamiaru już cofać się, wahać, kombinować - zobaczyłam w jakim miejscu swojego życia się znajduję i co mogę zyskać (tracąc niewiele), dzięki podjęciu takiej, a nie innej decyzji. A co ludzie powiedzą? Nie interesuje mnie to. Zresztą wkrótce kontakt z tymi ludźmi i tak mi się urwie. Zatem niech gadają ile wlezie. Ja już wiem, w którą stronę ruszyć i tylko to się liczy. Koniec z szarpaniem się, niepewnością i strachem. Czas przystąpić do działania :)

piątek, 16 października 2015

Alkoholizm - początki nałogu i ciąg dalszy tej historii

Jak już wspomniałam w jednym z wpisów, początek tego roku spędziłam chlejąc wszystko, co popadnie. Z całą pewnością nie piłam dla przyjemności, bo wlewałam w siebie wszystko, co było pod ręką, w tym wódę i whisky, których z serca nienawidzę. I trwał ten cyrk jakoś do pierwszych dni kwietnia.

połączenie palenia z piciem alkoholu

Po kiego czorta mi to było? W połączeniu z nieszczęsnym Zolpidemem, pozwalało mi:

  • stać się głuchą i ślepą na to, co złego działo się w moim życiu (lepiej nie widzieć niż działać);

  • niemal "z marszu" zasnąć;

  • i, co smutne, nabierać odwagi na bardziej drastyczne metody "radzenia" sobie z życiem, którego wówczas nienawidziłam (a nienawidziłam w nim wszystkiego, ze sobą na czele) - myśli samobójcze po takich mieszankach zjawiały się błyskawicznie i szeptały mi do ucha, że lepiej będzie światu beze mnie.

Na trzeźwo z pewnością na swoje życie bym się nie targnęła, ale po alkoholu w takich ilościach? Pewnie! Jedną próbę mam już za sobą. Jak widać, nie przeprowadzoną do końca. I całe szczęście.

A zaczęło się od złudnej nadziei na polepszenie sobie samopoczucia procentami. O ile jednak alkohol mnie ogłupiał (a z czasem wręcz przygnębiał - super pomysł po prostu, żeby chlać przy zdiagnozowanej depresji!), o tyle radosnych nastrojów po nim nie miewałam. Raczej skłaniał mnie do wyczyniania różnych idiotyzmów, na które dzisiaj, z perspektywy czasu, spoglądam ze zgrozą.

W kwietniu postanowiłam skończyć z tym świństwem definitywnie, bo wiedziałam już, że jeśli sięgnę po choć jedno, "niewinne" piwo, to na nim się nie skończy, a ciąg przybiegnie do mnie świńskim truchtem i diabli wiedzą ile puszek i butelek koło łóżka zastanę nad ranem. Kompletna niemożność przypomnienia sobie części wyczynów, jakie odstawiałam po pijaku, również przeważyła szalę i postanowiłam nie pić.

Może wydawać się to proste. Ale dla alkoholika czy alkoholiczki, wcale nie jest. W towarzystwie znajomi w końcu piją. Ja staram się na ich szklanki nie patrzeć i wlewać w siebie sok pomarańczowy i jest to jeszcze jakoś do zniesienia. Znajomi nie zadają głupich pytań "A czemu nie pijesz?", zwyczajnie sprawę akceptują, pojęcia nie mając o mojej chorobie. Ale dzisiaj w nowej pracy ogarnęło mnie przerażenie. Okazało się, że czas wolny moi koledzy i koleżanki z biura, spędzają na popijawach tak ostrych, że nawet moje ciągi wydają się przy nich dziecięcą zabawą. W oczach zrobiło mi się ciemno i natłok myśli natychmiast wbił się do głowy. Kiedyś zaproszenie na imprezę, na której pije się od wieczora do bladego świtu, uznałabym za świetny pomysł. Dziś? O nie, żadne takie! Bliskość alkoholu wciąż jest dla mnie zagrożeniem i wiem, że jeśli się skuszę, cała moja praca nad wyjściem z nałogu, będzie, za przeproszeniem, o kant dupy.

Ale pal licho imprezy. Nie muszę na nie chodzić. Gorzej, że dobre 20% rozmów poświęconych jest licytowaniu się: kto ile wypił, kto kiedy idzie pić, kto co wypił i czemu było to tak dobre i tym podobne i tak dalej. W czasie tych rozmów nieruchomieję i muszę wówczas dość zabawnie wyglądać - taka jednostka przypominająca postać przemienioną w słup soli, normalnie Sodoma i Gomora się kłaniają. 

I pomyśleć, że naiwnie sądziłam, że jestem na dobrej drodze do uwolnienia się od głodów alkoholowych. A tu g... gucio, znaczy. Po niemrawym powrocie z pracy, zestresowana nadmiarem roboty i wizją siedzenia przy sprawach zawodowych również w domu, weszłam do sklepu. No i mój wzrok bezwiednie pomknął w kierunku lodówek zapchanych rozmaitymi typami piw. Gapiłam się na ten obraz przez chwilę, aż w końcu dotarło do mnie, na co patrzę. Szybko złapałam zakupy typowo spożywcze (jakieś bułki, serki i tym podobne produkty), dopadłam kasy i świńskim truchtem wybiegłam ze sklepu.

Oj, Panie i Panowie, nie jest dobrze! Jeśli zwykłe gadanie o nakrapianych imprezach wywołało we mnie taką reakcję, to chyba kolejne miesiące i lata trzeźwości (cały czas upieram się, że nie dam się złamać i alkoholu kijem nie ruszę) będą niezłym wyzwaniem, przynajmniej w towarzystwie ludzi z nowej pracy.

Ale, jak zawsze, życie udzieliło mi lekcji i pogroziło palcem. Taka byłam pewna, że teraz to już z górki? Głupia gropa (znaczy się, ja). Z górki nie będzie nigdy, bo pokusy czają się, jak widać, wszędzie. Dawno nie miałam już głodów alkoholowych i stąd to dzisiejsze przerażenie. Ale optymistycznie zakładam, że przy odpowiednim nastawieniu, w poniedziałek będę już na tyle silniejsza, by zwyczajnie zignorować poruszane tematy dotyczące procentów. Cóż, kolejne wyzwanie przede mną. Hmm... coś mi się zdaje, że od paru miesięcy moje życie składa się wyłącznie z wyzwań. Ale to chyba dobrze, w końcu służą one wzmacnianiu słabego jeszcze charakteru jednostki uzależnionej.

A z dobrych wieści? Jutro sobota! ;)

czwartek, 15 października 2015

Wdzięczność ułatwia życie

secret of happinessJakiś czas temu przeglądałam sobie na swoim telefonie aplikacje związane z tematyką depresji, poprawy samopoczucia (w kontekście tej choroby), ćwiczeń relaksacyjnych i tym podobnych. Wśród wielu propozycji serwowanych przez Sklep Google natrafiłam na skromną aplikację, która zwróciła moją uwagę. Aplikacja ta nosi wiele mówiącą nazwę "Secret of Happiness".

Zamysł jest banalny, a sama appka wyjątkowo prosta pod względem funkcjonalności, zresztą nie tylko funkcjonalności, bo grafika też nie powala na kolana. Ale - ta prostota nie umniejsza jej niebywałej skuteczności która, przyznam bez bicia, bardzo mnie zaskoczyła.

Cała "zabawa" polega na tym, by codziennie rano uzupełnić krótki formularz w aplikacji. Wpisać trzy rzeczy, za które jest się wdzięcznym i jedną, którą danego dnia chciałoby się osiągnąć. Wieczorem pojawia się już tylko jedno pole do uzupełnienia: "Napisz, co dzisiejszego dnia sprawiło Ci przyjemność". Wszystkie informacje są zapisywane, dzięki czemu po którymś z kolei uruchomieniu aplikacji, pojawia się cała lista wklepanych wcześniej rzeczy, na które zwykle pewnie mało kto zwróciłby uwagę, zwłaszcza w codziennym zabieganiu. I nagle okazuje się, że w ciągu np. minionego tygodnia, wydarzyło się całkiem sporo dobrego! Faktem jest, że moje pierwsze wpisy brzmiały szalenie oryginalnie, a lista na "dzień dobry" prezentowała się mniej więcej tak:

Za co jestem wdzięczna
  • Żyję [wklepane bez przesadnego entuzjazmu]
  • Świeci słońce [wpisane po dłuższej chwili namysłu]
  • Meetingi AA [tu się wahać nie musiałam] 
Co chcę dziś osiągnąć
  • Zrobić wreszcie pranie

Z czasem jednak te krótkie hasła zaczęły nabierać większego sensu, a i listy stawały się coraz bardziej urozmaicone. Okazało się też, że faktycznie każdego wieczoru mogłam bez większego trudu wskazać tą jedną rzecz, która danego dnia sprawiła mi prawdziwą przyjemność (nawet jeśli było to po prostu wyjątkowo serdeczne powitanie na meetingu; ale było i pewnie gdyby nie "SoH", szybko bym o tym wydarzeniu zapomniała). Każdy kolejny dzień i każda kolejna lista sprawiały, że ze zdumieniem odkrywałam jak wiele dobrego się w moim życiu mimo wszystko dzieje! Depresja i nerwica wciąż we mnie szaleją - cudów nie ma, ale dzięki "Secret of Happiness" czarno na białym widzę, że jednak moje życie nie składa się wyłącznie z trudnych do udźwignięcia wyzwań, smętnych myśli, czarnowidztwa i ogólnego dramatu, od którego chciałoby się już tylko pod tramwaj położyć i czekać na uprzejmość motorniczego, który na widok rozwalonej na torach baby zechce dodać gazu. Okazało się, że nie jest tak tragicznie!

Aplikacja zajmuje niewiele miejsca w telefonie, wodotrysków nie oferuje, ale w ciekawy sposób potrafi zmusić do nieco innego spojrzenia na własną codzienność. Jeśli zatem ktoś ma podobne problemy jak ja i posiada równie cudne tendencje do tworzenia w swojej głowie wyłącznie pesymistycznych scenariuszy, a także dysponuje umiejętnością kompletnego niedostrzegania tego, co dobre, niech przetestuje "Secret of Happiness". Appka z całą pewnością nikogo z depresji czy nerwicy nie wyciągnie, ale pomoże uzmysłowić sobie, że jednak coś tam pozytywnego każdego dnia na nas czeka. Warto więc jej skuteczność przetestować na sobie :)

środa, 14 października 2015

Strach ma wielkie oczy

Jako jednostka z nerwicą i depresją - panicznie obawiam się zmian. Wszelkich. A cóż dopiero tych naprawdę dużych, życiowych? W moim przypadku stwierdzenie, że strach ma wielkie oczy, jest nie do końca na miejscu. Mój strach to raczej istny potwór z wielkimi zębiskami, ogromną paszczęką wypełnioną po brzeg zębiskami i ziejący ogniem. I oczywiście, tak jak w przypadku słynnego - i wspomnianego wyżej - powiedzenia, zazwyczaj okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Dlaczego więc lęk nie odpuszcza?

strach ma wielkie oczy

Spadło na mnie dzisiaj multum nowych obowiązków i wyjątkowo nie popadam w jakąś przesadę, pisząc te słowa. Co prawda przywykłam do działania pod presją czasu, ale wykonywanie kilkunastu rzeczy jednocześnie (z których każda jest równie istotna) wyczerpało mnie kompletnie. A po powrocie do domu, czekało mnie kolejnych parę zawodowych drobiazgów. W efekcie dzień przeleciał mi w tempie błyskawicy, o czymś takim jak wypoczynek zdążyłam tylko przez sekundę smętnie pomarzyć, no i oczywiście na nowo włączył mi się popłoch. No bo rany boskie, czy ja faktycznie wytrzymam kilkanaście godzin dziennie takiego zmasowanego ataku? Mojej nerwicy z pewnością służy to znakomicie, rozbestwia się paskuda na całego i zapewne chichocze złowieszczo. Organy wewnętrzne mam takie bardziej powiązane w supełki, a w głowie wyłącznie panikę.

I cóż z tego, że rozsądek usiłuje subtelnie przebić się przez tę orgię strachu i lęku i nieśmiało podpowiedzieć, że przecież to nie koniec świata. Że mając dwie prace, z jednej zawsze mogę zrezygnować po jakimś czasie, jeśli okaże się, że też istotnie są one absolutnie nie do pogodzenia. Cóż z tego, że umysł usiłuje wytłumaczyć tej spanikowanej kretynce (czyli rzecz jasna autorce niniejszego postu), że początki zawsze są trudne, wszystko wydaje się straszne i nie do ogarnięcia, a umiejętność zarządzania czasem w nowej sytuacji wymaga jednak więcej niż doby. Niestety tutaj odzywa się we mnie dusza jednostki uzależnionej. Jednostki, która jest niecierpliwa, chciałaby wszystko "już", po swojemu, perfekcyjnie i oczywiście samodzielnie. Poprosić o pomoc? A w życiu! Dusza uzależnionej kretynki aż wzdryga się na taką myśl. Bo przecież przyznanie, że coś jest trudne, takiej alkoholiczce czy lekomance, przez usta nie przejdzie. Będzie się to wszystko kisić w głowie i radośnie dokarmiać tę nieszczęsną nerwicę. Zwariować można!

Ale zakończę optymistycznie. Dzisiejszy dzień był świetną lekcją - mnie samej. Pozwolił zauważyć, że faktycznie mnóstwo pracy przede mną, ale głównie tej duchowej i związanej z charakterem. Że wypadałoby jednak przyjąć postawę osoby pokornej wobec życia i nowej sytuacji, nauczyć się cierpliwości i konsekwentnego dążenia do celu. Małymi kroczkami, a nie wielkimi susami, przy których można sobie co najwyżej złamać nogę, jeśli nie kręgosłup. A zatem apeluję do samej siebie: spokojnie! Nie od razu Rzym zbudowano i nie od razu nauczę się z sensem gospodarować czasem w nowych realiach. Potrzeba na to czasu, cierpliwości, pokory i spokoju ducha. Zatem niech ta nowa sytuacja stanie się dla mnie sposobem doskonalenia własnego charakteru. Jeśli choć to uda mi się w pewnym stopniu osiągnąć, to już będzie duży sukces, bez względu na to czy pod koniec roku nadal będę pracowała w dwóch miejscach, czy znów tylko w jednym. Panika mi w tym z całą pewnością nie pomoże, powinnam zatem grzecznie wyprosić ją ze swojego wnętrza, bo doprawdy - do niczego mi nie jest potrzebna.

wtorek, 13 października 2015

Opanować ten kłębek nerwów...

Jutrzejszy dzień, a właściwie moja wyobrażenie o nim, wywołuje we mnie mnóstwo emocji. Na prowadzenie wybijają się niepokój, stres, zwątpienie, niepewność, bezsilność... Bosko. Zwykle taka mieszanka prowadzi u mnie do paniki i chęci ucieczki (ciekawa rzecz, że gdy pojawia się sytuacja "zagrożenia", to zwykle z pary walcz-uciekaj, wybieram tę drugą opcję).

brak zdecydowania

W czym w ogóle dzieło? Zaczynam jutro nową pracę. Niby w branży, którą znam dobrze i w której działam od lat. Ale jak to ze mną bywa, przed każdym wyzwaniem pojawiają się wątpliwości i zaczynają się one mnożyć w tempie godnym królików na wiosnę. W głowie rodzą się pytania "Czy sobie poradzę? Czy jestem dość dobra? A jeśli się skompromituję? A jeśli...?" - istny koszmar. A dotychczasowe sposoby wyciszania się, są mi rzecz jasna niedostępne - zresztą zwyczajnie ich nie chcę w swoim życiu. Co by mi przyszło z zapicia lub nafaszerowania się tabletkami? Z pewnością solidny kac jutrzejszego poranka i totalne otępienie, potrzebne w nowej pracy jak piąte koło u wozu.

Szczęśliwie tak się złożyło, że dzisiaj odbył się meeting AA. Możliwość spędzenia dwóch godzin w towarzystwie przesympatycznych i życzliwych ludzi poprawiła mi nastrój i pozwoliła choć na chwilę zapomnieć o tym parszywym niepokoju, obijającym się wewnątrz mojej głowy. To już dużo. No ale meeting się skończył, życzliwi ludzie rozeszli się do domów, a ja pozostałam ze swoją zgryzotą. Co tu począć, u licha ciężkiego?

Postanowiłam zatem usiąść do bloga i przelać "na papier" (czy raczej "na monitor"?) to wszystko, co pozbawia mnie możliwości swobodnego i spokojnego podejścia do sprawy. Pisanie pomaga, bo pozwala niejako odseparować się od tego, co siedzi w środku i wyrzucić owo coś na zewnątrz i spojrzeć na całość z pewnym dystansem. Od razu też podjęłam decyzję o tym, że zamiast gryźć się rozterkami, obejrzę sobie jakiś serial i wcześniej położę się spać. A jutro postaram się ze spokojem i pozytywnym nastawieniem wyruszyć do nowej pracy i po prostu dać z siebie wszystko. Tylko (i aż) tyle mogę zrobić i mam nadzieję, że przyniesie to wyłącznie coś dobrego. Zatem precz z niepokojem! Zdecydowanie wolę widzieć na jego miejscu opanowanie i pogodę ducha. I nawet jeśli wyparcie złych emocji wiąże się ze sporym wysiłkiem, to każdy sukces związany z ich opanowaniem, powoli przybliża mnie do tego, do czego od miesięcy dążę. Do trwałej zmiany sposobu myślenia i postrzegania wyzwań, jakie stawia przede mną życie. 

poniedziałek, 12 października 2015

Na rozstaju

Chyba każdy czasem musi podjąć trudną, życiową decyzję. I chyba każdy czuje się wtedy trochę jak na rozstaju dróg, zastanawiając się, którą z nich podążyć. Cóż, właśnie w takim punkcie właśnie się znalazłam.

kobieta na rozstaju

Nie będę ukrywać, że moje życie w ciągu ostatnich lat mocno wywróciło się do góry nogami, a apogeum tego "wywrotu" nastąpiło kilka miesięcy temu. Zerwanie z alkoholem i walka o trzeźwość w kwestii lekomanii, to oczywiście zmiany na dobre. Ale przede mną kolejne wyzwania i tak się złożyło, że zmierzyć się z nimi muszę akurat "teraz zaraz". No, może poza jednym, choć i w jego przypadku nie mogę przesadnie długo zwlekać, bo każdy dzień zmagania się z myślami wprowadza do mojego wnętrza dodatkowy chaos, na brak którego i tak nie mogę narzekać.

Czy w obecnym stanie powinnam w ogóle brać się za podejmowanie ważnych decyzji życiowych? Depresja, walka z uzależnieniami - same w sobie wymagają ode mnie wiele wysiłku i starań, wykańczają emocjonalnie. Ale chyba nie mogę dłużej tkwić w stanie zawieszenia i do działania popychają mnie dwa hasła. Właściwie jedno hasło i jeden cytat.

"Opuść swoją strefę komfortu" - powiedział mi mój ojciec podczas jednego z ostatnich spotkań. I dodał, że gdy to zrobię i zobaczę, że świat się nie zawalił, będę mogła odkryć w sobie pokłady odwagi, o których nie miałam pojęcia. I chyba coś w tym jest. Opuściłam tę strefę decydując się na zamknięcie rozgrzebanego od lat tematu prawa jazdy. Bałam się panicznie ponownie usiąść za kierownicą i z pierwszych jazd przypominających, gotowa byłam zrezygnować. Ale szczęśliwie przypomniałam sobie owo hasło. Poszłam i... świat się nie zawalił. Okazało się, że pamiętam całkiem sporo z kursu ukończonego niemal dekadę temu, szybciej nadrabiam braki i w samochodzie czuję się znacznie lepiej niż w czasie, gdy pierwszy raz podchodziłam do egzaminu państwowego (oblałam, gwoli ścisłości). Podniesiona nieco na duchu faktem, że instruktor od razu zorientował się, że jednak mam pojęcie o prowadzeniu samochodu, postanowiłam nie rezygnować (co też już miałam w głowie) i planuję zamknięcie tematu przed końcem roku.

Z kolei cytat, o którym wspomniałam wcześniej, towarzyszy mi od kilku lat. Jest niewątpliwie mądry, ale zastosowanie się do zawartej w nim rady wymaga odwagi, której dotąd w sobie nie znalazłam. Chodzi o słowa wypowiedziane przez Anaïs Nin:

"I nadszedł dzień, kiedy ryzyko pozostania zwiniętą w pąk było boleśniejsze, 
niż ryzyko rozkwitnięcia."

Od lat czuję, że tkwię w tym samym "pąku" i z każdym kolejnym tygodniem, ból pozostawania w nim staje się trudniejszy do zniesienia. Jednak strach przed bólem towarzyszącym "rozkwitnięciu" paraliżował mnie na tyle, że nie robiłam nic w kierunku wprowadzenia zmian i uwolnienia się od tej duszącej mnie ciasnoty. Myślę, że pomimo depresji, nerwicy i innych szalejących w moich emocjach świństw, wkrótce nadejdzie dzień, w którym będę gotowa opuścić pąk na zawsze. Czy będzie to słuszna decyzja? Nie wiem, do wróżki mi daleko (ani umiejętności nie mam, ani uroda nie ta), ale wiem jedno - dalsze tkwienie na rozstaju nic dobrego nie przyniesie, podobnie jak snucie setek scenariuszy "Co będzie?", "A co by było gdyby?". Po prostu trzeba będzie wreszcie wykonać krok do przodu. I rozkwitnąć, spokojnie oczekując na to, co też owo rozkwitnięcie wniesie do mojego życia.

niedziela, 11 października 2015

Jeden z tych dni

Dziś przeżywam jeden z takich dni, kiedy depresja i ogólne zniechęcenie życiem wyjątkowo dają mi się we znaki. Nie pomaga fakt, że dopadło mnie jakieś przeziębienie i snuję się w piżamie, kichając po całym domu i dodatkowo ziewając jak stary krokodyl. Poziom aktywności prezentuję taki bliższy zeru, ale dostrzegam też plusy całej tej sytuacji.

kobieta z depresją

Można by się zastanowić: jakie u licha plusy? Nastrój depresyjny, apatia, rozkwitające choróbsko... Ale po chwili można do tej listy dodać parę doprawdy radosnych punktów:
  • pomimo prezentowanego wyżej stanu, udało mi się popracować;
  • pomimo (patrz punkt pierwszy), udało mi się zrobić budyniowe ciastka (i cóż z tego, że w przypływie kulinarnego szału zapomniałam o brakujących mi do pełni szczęścia krakersach, więc ciastka mają wyłącznie spód, a u góry jedynie rozdyźdaną, budyniową masę);
  • pomimo i tak dalej, usiadłam do pisania tej notki.

To już coś! Dodatkowo twardo tłumaczę sobie, że przerabiałam taki stan ducha milion razy i wiem, że dziadostwo w końcu zelżeje. Dzisiaj może i czuję się, a także prezentuję, niczym nieboszczka po ekshumacji, ale halo! Jutro mamy nowy dzień i kto wie, co dobrego on przyniesie? Może wstanę rano rześka jak skowronek, w pracy spotkają mnie same przyjemności, odbębnię wreszcie sprawę papierologiczną związaną z ubieganiem się o prawo jazdy i tym podobne i tak dalej. Grunt, to nie dać się złym myślom i powtarzać sobie "Ten stan przejdzie!".

Dodatkowo budujący jest fakt, że zamiast tęsknego spoglądania w okno i kombinowania jakby tu wyskoczyć pomimo trzaskającego zimna po jakąś flachę, grzecznie siedzę na, za przeproszeniem, tyłku i odsuwam od siebie myśli o procentach. I że zamiast nafaszerować się prochami i przespać cały dzień, staram się jednak zrobić coś produktywnego i nastrajać się wyłącznie pozytywnie.

Oczywiście typowy dla depresji niepokój krąży sobie po moim ciele i drąży umysł z uporem wyjątkowo wygłodniałych korników, ale pal licho, poza niepokojem odczuwać mogę tyle różnych innych emocji! Jak dziad musi, niech siedzi i drąży, ale do towarzystwa sprowadzam mu wspomniane już pozytywne myśli związane z dniem jutrzejszym, radość związaną z faktem, że już we wtorek meeting AA, dodatkowo przywołuję miłe wspomnienia związane z piątkowym wyjściem na herbatę z moją sponsorką ze Wspólnoty, wczorajszy spacer po świeżym powietrzu... I tym podobne i tak dalej.

A gdy już czuję, że niepokój zaczyna wygrywać z pozytywnymi myślami, zwyczajnie włączam coś rozweselającego. Mamy piękne czasy! Możemy sięgnąć po książkę, posłuchać dobrej muzyki, obejrzeć serial czy film, który choć częściowo oderwie nas od własnych problemów i smutków. No i możemy też zasiąść do komputera i podzielić się z innymi własnymi refleksjami. Warto o tym pamiętać. Nawet jeśli cierpimy na depresję, to jest ona tylko cząstką nas. To, co nas zapełnia dodatkowo, zależy od nas samych. Niechże zatem będzie to coś optymistycznego!

piątek, 9 października 2015

Dlaczego nie należy "leczyć" depresji alkoholem?

Piszę z doświadczenia własnego, ale będę podpierać się także opiniami ludzi mądrzejszych ode mnie, lekarzy i specjalistów od chorób emocjonalnych. A wszyscy oni jak jeden mąż mówią "Przy depresji nie należy pić alkoholu!".

depresja a alkohol

Dlaczego? Powodów jest kilka. Po pierwsze osoby ze zdiagnozowaną depresją, zwykle zażywają leki przeciwdziałające temu stanowi. Łączenie leków z alkoholem jest kiepskim pomysłem. Wiem, bo sama to robiłam. Szczęśliwie nie skończyło się to dla mnie zejściem z tego świata, ale i takie przypadki się zdarzają, o poważnych zatruciach nie wspominając. Lepiej zatem wyciągnąć wnioski z nieszczęśliwych pomysłów innych i w czasie leczenia, po prostu - nie pić. I nie kombinować, że może tylko jedno piwo, może tylko kieliszek szampana na Sylwestra. Nigdy nie wiadomo, kiedy tolerancja organizmu na takie mieszanki się skończy, więc wyjątkowo bądźmy mądrzy PRZED szkodą, a nie po niej.

Druga sprawa - choć wielu osobom po spożyciu alkoholu poprawia się nastrój i sięgają po procenty właśnie z tego względu, to alkohol sam w sobie nasila objawy depresyjne. Jaki jest więc sens przyjmować leki i niweczyć ich działanie poprzez spożywanie rozmaitych trunków? Akurat w tym przypadku mogę z ręką na sercu poświadczyć, że im dłużej piłam, tym gorzej czułam się psychicznie. Stanów euforii nie odnotowywałam, co najwyżej zobojętnienie i szybsze zasypianie. Alkohol był dla mnie drugim, po Zolpidemie, sposobem na wyciszenie. Też do czasu, bo im więcej w siebie wlewałam, tym większy chaos panował w moich emocjach. Myśli samobójcze szalały po moim wnętrzu i mnożyły się jak króliki na wiosnę, a otumanienie wywołane piwem/winem/whisky (czy co tam akurat miałam pod ręką) sprawiały, że łatwiej mi było wmawiać sobie, że odejście z tego świata byłoby super rozwiązaniem.

Alkohol niewątpliwie szkodzi tym, którzy go nadużywają. Osoby, które popijają go od czasu do czasu, mogą spać spokojnie (chyba, że przyjmują inne leki, którym z używkami nie jest po drodze). Ci jednak, dla których "naparstek to za dużo, a wanna za mało", powinni zastanowić się czy faktycznie cokolwiek na piciu zyskują. Drogę w dół pokonuje się szybko, ale wyjście z alkoholizmu i nasilonej przez tę chorobę depresji, to już inna bajka.

czwartek, 8 października 2015

Początki lekomanii

Zaczęło się dość niewinnie. Dużo stresu w pracy, potem obrona pracy magisterskiej, odnajdywanie się w roli żony, szukanie nowego zajęcia zawodowego i buch - okazało się, że zmagam się z nerwicą i depresją. Siedziało to we mnie już dużo wcześniej, nigdy nie byłam osobą wyjątkowo radosną (pomijam kilka lat w liceum), rozwód rodziców gdy liczyłam 5 wiosen dał mi w kość, ojciec alkoholik, przepracowana mama... długo by wymieniać. Ostatecznie do rozkwitu choróbska doszło, gdy w pracy zaczął szaleć mobbing. Wpadłam w anoreksję, wyglądałam już prawie jak szkielet, ale się z tego wyplątałam. Nerwica i depresja pozostały za to na dobre, a wraz z nimi przyplątała się bezsenność. I to właśnie tutaj leży pies pogrzebany.

tabletki

Kolejne nieprzespane noce dawały mi popalić, od psychiatry dostałam więc cudo ułatwiające zasypianie. Cudo zawierało Zolpidem i faktycznie - problemy ze snem zniknęły jak ręką odjął. Z czasem odkryłam, że po zażyciu tabletki, robię się zrelaksowana i spokojna, no żyć nie umierać! Radośnie zignorowałam więc ostrzeżenia w ulotce dotyczące okresu leczenia tymże specyfikiem i zamiast 3 tygodnie, biorę już 8 lat.

Choroba zaczęła się, gdy bez tabletki nie umiałam funkcjonować, musiałam zwiększać dawki, bo organizm mi się uodpornił szybko i ogólnie zgłupiał, ponieważ lek typowo nasenny brałam także w ciągu dnia. Żeby się wyciszyć, uspokoić, móc pracować i tym podobne i tak dalej. Ignorowałam ostrzeżenia najbliższego otoczenia, uparcie nie przyjmowałam do wiadomości, że jestem uzależniona. Zolpidem był ucieczką od wszystkiego, co złe na tym świecie. Sprawiał, że stawałam się ślepa i głucha na problemy w małżeństwie, pozwalał odciąć się, zobojętnieć. Nie było to ani zdrowe, ani rozsądne, ale z pewnością wygodne. Do czasu, rzecz jasna.

Zorientowałam się, że wypadałoby coś z tym uzależnieniem zrobić dopiero, gdy odszedł ode mnie mąż. To już nie był sygnał alarmowy, to było uderzenie w pusty łeb potężnym młotem pneumatycznym. Dopiero w chwili, w której rozsypało mi się życie, postanowiłam działać. Trafiłam do fantastycznej grupy Anonimowych Alkoholików (z alkoholem też miałam problem, ale o tym przy innej okazji), w której wreszcie zaczęły mi się powoli otwierać oczy. Realizując program 12 kroków, dostrzegłam wyrządzone innym krzywdy, wszystkie idiotyzmy popełnione "dzięki" Zolpidemowi zalewanemu często alkoholem i włosy mi stanęły dęba na głowie. Patrzyłam na swoją przeszłość i ogarniała mnie zgroza. Cóż to był za potwór, nie kobieta! Egoistka do setnej potęgi, ustawiająca się w pozycji ofiary losu i tłumacząca swoje nałogi depresją i ogólnym złym samopoczuciem. Mnie miało być fajnie, a reszta niech się dostosuje. Koszmar!

Minęło wiele tygodni od pierwszego zreflektowania się, kim byłam, zanim zaczęłam się stopniowo zmieniać. Alkoholu do ust nie wzięłam od kwietnia (krótko, ale cieszy mnie każdy dzień bez procentów). Leki znacznie ograniczyłam (nagłe odstawienie po takich dawkach, jakie przyjmowałam, mogłoby się skończyć dla mnie nieciekawie i wiem to od psychiatry, której w końcu musiałam przyznać się do własnej głupoty i ilości połykanych tabletek). Stopniowo zmienia mi się też charakter.

Mimo wszystko, jestem wdzięczna, że zachorowałam na lekomanię. Gdyby nie to uzależnienie, pewnie nigdy nie wzięłabym się za pracę nad sobą. Szkoda tylko, że zrobiłam to tak późno. I z tego miejsca przestrzegam wszystkich, czytających ten wpis. Stosujcie leki zgodnie z zaleceniami lekarza lub informacjami zawartymi w ulotce! Uzależnienie psychiczne, a potem fizyczne, pojawia się naprawdę szybko. Ale wyjście z nałogu trwa znacznie dłużej. Ja już teraz wiem, że moja praca trwać będzie do końca życia. Nawet wtedy, gdy całkowicie odstawię Zolpidem (do czego dążę z uporem), będę musiała się pilnować. Skłonności do uzależnień mam. A to bardzo podstępna choroba - bez względu na to, czy dotyczy leków, alkoholu, narkotyków, hazardu... Wpada się szybko. Wygrzebuje - przez resztę życia.

środa, 7 października 2015

Czas ośmieszyć tę cholerę!

Postanowiłam pisać. Nie pierwszy raz zresztą, bo po pierwsze lubię, a po drugie w dużej mierze zajmuję się tym zawodowo. Hobbystycznie też, ale w tym przypadku blokuje mnie często rozkwitająca we mnie dziko apatia, a czasem zwyczajne lenistwo. Ale pal licho, wzięła mnie chęć, to wykorzystam przypływ weny, a kto wie, może zrobi to dobrze nie tylko mnie, ale też choć jednej osobie, która ten "utwór" przeczyta.

Pierwszy wpis na blogu powinien być chyba bardziej składny, a przynajmniej powinien zawierać podstawowe informacje o piszącym i tematyce, którą autor będzie na blogu poruszać. A zatem, by przyzwoitości stało się za dość, informuję niniejszym, iż Szanowny Czytelnik ma do czynienia z jednostką płci żeńskiej, po trzydziestce, która od lat kilkunastu użera się z depresją, a od około 8 z lekomanią. Do tych rozrywek, które autorce towarzyszą, należałoby również dodać alkoholizm (początek roku Pańskiego 2015, to był u mnie jeden, wielki ciąg).

Od czerwca bieżącego roku rozpoczęłam uczęszczanie na meetingi dla Anonimowych Alkoholików i czuję się tam jak ryba w wodzie, a może nawet lepiej. Od kwietnia nie piję, z lekami bywa różnie (uprzejmie informuję, że nie chodzi tu o pożeranie na tony np. witaminy C, ale świństw zmieniających nastrój i ułatwiających zasypianie). O początkach lekomanii napiszę w odrębnym poście. O dalszym ciągu choroby zresztą też.

O czym w ogóle będzie ten blog? O moich wzlotach i upadkach, popełnianych błędach, z których być może ktoś wyciągnie wnioski i uniknie stoczenia się na dno, po którym sama walałam się ładnych kilka lat, a kto wie, czy to dno nie sięga jeszcze gdzieś tam głębiej. Mam nadzieję, że nie dane mi będzie sprawdzić. Mam zamiar dzielić się przemyśleniami związanymi z walką z uzależnieniem, ale też ośmieszać te idiotyzmy, jakie na co dzień funduje mi depresja. Jeśli już dziadostwo mam i uprzykrza mi ono życie, to mogę się dziadostwu odwdzięczyć - naigrywając się z niego ile wlezie. Coś mi się w końcu u licha należy! Psychiatra psychiatrą, terapia u psychologa terapią, ale ostatecznie nie siedzę u wspomnianych specjalistów 24/7 i jakoś sobie muszę w tzw. między czasie z tym paskudztwem radzić. Postanowiłam zatem wypróbować radę znanego polskiego aktora, Cezarego Pazury, który jako sposób na radzenie sobie z problemami wybrał właśnie ośmieszanie tych wszystkich kłód, jakie życie bywa uprzejme rzucać nam pod nogi. Kto wie, może coś z tego wyniknie?