Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Sposób na chandrę i łagodne stany depresyjne

Każdy (tak sądzę) ma od czasu do czasu gorszy dzień (tydzień/miesiąc - niepotrzebne skreślić). Wiecznych optymistów pozdrawiam z nutką zawiści, bo od optymizmu zawsze dzieliły mnie lata świetlne, nastroje miewam raczej melancholijne. I choć do pesymizmu również mi daleko, to jednak depresja z nerwicą robią co mogą, bym za często nie popadała w zbyt radosny nastrój. Szczęśliwie istnieje sposób, który pozwala na zdystansowanie się do własnych kłopotów życiowych i jest całkiem niezłą metodą na, przynajmniej chwilowe, poprawienie sobie humoru. A czasem nawet pozwala znaleźć rozwiązanie problematycznej sytuacji, która wydawała się sytuacją bez wyjścia. 

Czego nam zatem potrzeba do odniesienia zwycięstwa nad chandrą? Długopisu lub ołówka i kawałka kartki, najlepiej w kratkę.

długopis i kartka w kratkę

Od razu zaznaczę, że przedstawiony poniżej sposób na chandrę nie jest moim dziełem, lecz metodą, którą często stosowała śp. Joanna Chmielewska, uwielbiana przeze mnie autorka kryminałów, na książkach której praktycznie się wychowałam. W chwili totalnego zwątpienia postanowiłam kiedyś skorzystać z proponowanej przez nią "sztuczki" i przyznaję, że poczułam się lepiej.

No dobrze, ale na czym ten trick polega? Na kartce rysujemy sobie dwie kolumny - w lewej wpisując to wszystko, co nas gnębi, męczy i spać po nocach nie daje. W prawej - sposoby zaradzenia nieszczęściom znajdującym się w kolumnie numer jeden. Po rozpisaniu całości, tworzymy jeszcze tylko jeden "wiersz" w tak powstałej tabelce i tam umieszczamy wnioski lub bilans. Warto przy okazji tworzenia wpisów w kolumnie prawej, beztrosko podejść do tematu - ośmieszyć problem, jeśli nie mamy żadnego pomysłu na jego sensowne rozwiązanie, zażartować sobie z niego, wrzucić jakiś komentarz ni w pięć w ni w jedenaście - grunt, żeby po spojrzeniu na wykonane dzieło, poczuć się choć odrobinę rozweselonym.

W praktyce wyglądać to może tak (poniżej prezentuję swoją własną rozpiską sprzed kilku dni):

Nie mam pieniędzy! To poszukam dodatkowej pracy. Raz się udało, to czemu teraz ma się nie udać? Zawracanie głowy...
Siostra w szpitalu!!! Znaczy, że w dobrych rękach i wyjdzie z niego zdrowa i piękna jak młoda bogini.
Kot chory!!! Dostał zastrzyki, czuje się lepiej. W razie pogorszenia stanu zdrowia, pojadę z nim raz jeszcze do weterynarza (szczęśliwie zawód ten nadal jest wykonywany i nie grozi mu rychłe wymarcie, więc nie ma co załamywać rąk).
Babka, która sprzedała mi samochód, dołączyła popękane opony zimowe i musiałam kupić nowe za ciężkie pieniądze. No to kupiłam i cześć. Starczą na jakieś pięć lat.
Apatia mnie męczy. O święci pańscy!
Zaraz Boże Narodzenie, a jeszcze nie umyłam okien. To umyję.
Znowu palę więcej papierosów... Rak się na pewno cieszy.
Nie wyrabiam z obowiązkami. To sobie zacznę inaczej planować dzień, żeby się wyrobić.
Od dwóch miesięcy nie napisałam obiecanego skryptu... To napiszę.




WNIOSKI: Mniej narzekania, więcej działania, do cholery ciężkiej!!!

No i proszę. Sprawy poniekąd ogarnięte, a humor nieco lepszy. I nawet wnioski udało się w miarę sensowne wyciągnąć!

Generalnie polecam ten sposób każdemu, komu problemy piętrzą się na głowie. Rozpisanie ich, ośmieszenie, poszukanie metod zaradzenia kłopotom, pozwala trochę tę zawaloną nieszczęściami głowę odciążyć i przynajmniej na chwilę złapać oddech. Jeśli macie ochotę - spróbujcie. I dajcie znać, jak Wam poszło ;)

piątek, 11 grudnia 2015

Meetingi AA/AN - dlaczego to działa?

Dla wielu osób uzależnionych to właśnie meetingi AA/AN okazały się drogą do wyzdrowienia. Warto zatem poświęcić im nieco uwagi i spróbować odpowiedzieć na podstawowe pytanie: dlaczego spotkania we Wspólnocie pozwalają wyjść z nałogu tak wielu uzależnionym?

grupa wsparcia na meetingu

Do AA uczęszczam krótko, bo raptem pół roku. Ale te cotygodniowe spotkania pozwoliły mi na zaobserwowanie kilku mechanizmów, które potwierdzają skuteczność uczestniczenia w meetingach. Pozwolę sobie zatem w paru słowach wymienić najsilniejsze strony Wspólnoty.

Zrozumienie

Na meetingach spotyka się ludzi, którzy przeżywają dokładnie to samo, co nam - uzależnionym - w duszy gra (czy raczej zgrzyta). Często słuchając wypowiedzi innych można odnieść wrażenie, że słucha się o własnych doświadczeniach i przeżyciach. Osoby we Wspólnocie rozumieją problemy, z którymi zmagają się wszyscy obecni na spotkaniu. To sprawia, że będąc wśród "swoich", można odetchnąć z ulgą. Okazuje się bowiem, że nie jesteśmy jakimiś dziwakami, za jakich - być może - uznają nas ludzie, z którymi mamy styczność w codziennym życiu. Świadomość, że nie jest się osamotnionym we własnej walce ze słabościami, daje niesamowitą siłę.

Doping

Patrzenie na ludzi, którym udało się już wyjść na prostą, pozwala uwierzyć, że faktycznie jest to możliwe. Jeśli ktoś nie pije/nie bierze od 8 lat, ktoś inny od 20, to jest to namacalny wręcz dowód na to, że w trzeźwości można wytrwać i normalnie żyć. To kolosalna motywacja do tego, by starać się uporządkować swoje życie i osiągnąć to, co innym już się udało zdobyć.

Serdeczność

Choć w każdej grupie AA/AN mogą zdarzyć się konflikty (zwłaszcza na spotkaniach organizacyjnych czy meetingach otwartych), to przez zdecydowaną większość czasu w grupie panuje absolutna zgoda. To niezwykłe biorąc pod uwagę fakt, że w jednym miejscu spotyka się kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Najliczniejszy meeting, jaki jestem w stanie sobie przypomnieć, zgromadził grupę czterdziestoosobową! I w tej grupie wszyscy byli uśmiechnięci, życzliwi, chętni do niesienia pomocy innym. Początkowo trudno mi było uwierzyć, że to możliwe, ale jednak - ta serdeczność po prostu jest zakorzeniona wewnątrz Wspólnoty, czuć ją w powietrzu, oddycha się nią. I dzięki niej podczas spotkania można się w pełni zrelaksować, wyciszyć, uspokoić. Fenomenalna sprawa - zwłaszcza, że na co dzień o serdeczność ciężko i można wręcz mówić o zderzeniu dwóch, zupełnie odmiennych światów - tego na zewnątrz z tym wewnątrz Wspólnoty.

Możliwość "wyrzucania z siebie" tego, co boli

Na meetingach każdy ma prawo do zabrania głosu, a podczas jego wypowiedzi reszta uczestników milczy. To pozwala na spokojnie pozbyć się złych emocji, powiedzieć o tym, co nas boli, przeraża, przerasta. Jest to cenne zwłaszcza dla tych osób, które są raczej zamknięte w sobie i na co dzień to one słuchają, nie mając praktycznie możliwości dojścia do słowa. Pamiętam doskonale wypowiedź jednego z uczestników meetingów na Skorupki w Łodzi, uroczego faceta koło pięćdziesiątki, spokojnego i cichego jak mysz, który powiedział: "Wiecie, w domu to ja jestem tym, który siedzi i słucha. Tutaj mogę się wypowiedzieć i to moich słów wszyscy słuchają. Dziękuję wam za to.".

Pomoc

Nawet jeśli nie zdecydujemy się na zabranie głosu, ale męczy nas jakiś problem, nie zostaniemy sami. Na koniec meetingu odczytywane są słowa "Jeśli ktoś, z sobie wiadomych przyczyn nie zabrał głosu, może po spotkaniu zwrócić się do każdego z nas. Nikt nie odmówi mu pomocy". I rzeczywiście, bardzo często odbywają się swoiste "meetingi po meetingu", kiedy to rozmawia się między sobą, wymienia spostrzeżenia, opinie, prosi o wsparcie. Możliwość skontaktowania się z osobami ze Wspólnoty w dowolnej chwili i świadomość, że nie zostanie się odtrąconym, to niezwykle istotna kwestia. To takie "koło ratunkowe", z którego można skorzystać, gdy dzieje się w naszym życiu coś złego, męczy nas głód alkoholowy/lekowy, potrzebujemy porozmawiać z kimś, kto świetnie rozumie nasze uczucia.


Reasumując - meetingi działają, ponieważ spotykają się na nich ludzie ze wspólnym problemem, z podobnymi doświadczeniami życiowymi, a często także z bardzo podobnymi cechami charakteru. Chęć niesienia pomocy sobie nawzajem, ciepło, życzliwość i zrozumienie sprawiają, że nie sposób nie uwierzyć w ogromną siłę Wspólnoty i szansę na wyjście na prostą, którą Wspólnota daje. I choć w dalszym ciągu najwięcej zależy od nas samych - bo to my musimy chcieć wyzdrowieć i zrezygnować z używek - to wsparcie grupy potrafi zdziałać cuda. Czego twardo jestem najlepszym przykładem ;)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Nagradzaj swoją walkę z lekomanią!

Jak już wiemy, w nałóg wpada się łatwo, za to wybrnięcie z niego wymaga dużo silnej woli, samozaparcia i konsekwencji, a także pomocy z zewnątrz. Często podczas trzeźwienia mogą towarzyszyć nam wątpliwości - czy to ma sens, czy damy radę? Zmagamy się w końcu z czymś wyjątkowo silnie zakorzenionym w naszej psychice. Towarzyszą nam dolegliwości związane z głodem lekowym. Czy można sobie zatem tę walkę z uzależnieniem jakoś uprzyjemnić?

wygrani

Warto zacząć od rzeczy przyziemnych i wynotować sobie pierwsze skojarzenia związane z uwolnieniem się od nałogu. W moim przypadku lista taka przybrała następującą postać:
  • zaoszczędzę sporo kasy (nie będę musiała wydawać pieniędzy na bieganie po lekarzach, kupowanie kolejnych opakowań Zolpica);
  • będę mogła bez stresu prowadzić samochód (zamulenie lekami to prosta droga do nieszczęścia);
  • nie będę się całymi dniami snuła po domu w charakterze zombie (zmniejszy się apatia, odzyskam energię);
  • czas, który dotąd poświęcałam na "skombinowanie" Zolpica i pożeranie go w ilościach niekontrolowanych, będę mogła poświęcić spotkaniom ze znajomymi.

Wygląda to nieźle, ale w obliczu głodu lekowego, powyższa lista zaczyna trochę blednąć, a ten potwór (czyli głód) zaczyna podważać sens istnienia kolejnych punktów. No bo co z tego, że zaoszczędzę, przecież jeśli wydam na jeszcze jedno czy dwa opakowania, to tak znowu nie zbiednieję... A znajomi? Pewnie zajęci, nie znajdą czasu... Energii i tak jakoś nie mam, pora roku paskudna... I tym podobne i tak dalej.

Warto zatem stworzyć sobie listę dodatkową - nagradzania się za swoją konsekwencję w trzymaniu z daleka od tabletek. Na przykład:
  • zaoszczędzone pieniądze wydam na.... [i tu wpisać jakąś przyjemność];
  • kolejny tydzień bez tabletki uczczę wychodząc na miasto i jedząc obiad w ulubionej restauracji;
  • miesiąc bez tabletki? Spotkam się z przyjaciółmi (nie muszą wiedzieć, co świętuję) i wspólnie wybierzemy się do kina.

Za każdy tydzień (a potem miesiąc) trzeźwości, można też sobie fundować drobiazg przypominający nam o zwycięskiej walce. W AA/AN za rok abstynencji otrzymuje się symboliczny żeton. Dlaczego mamy rezygnować z takiego drobiazgu, który symbolizuje pokonaną już drogę? Wyłącznie od naszej pomysłowości zależy, czym będziemy nagradzali kolejne etapy naszych zmagań (i jak często będziemy sobie te nagrody przyznawać - pamiętając, że każda "wtopa" niweczy dotychczasowy trud). 

Ważne, byśmy w każdej chwili mieli dostęp do tych symbolicznych trofeów i patrząc na nie wiedzieli, jak kolosalną robotę udało się nam "odwalić". To nie tylko nastraja pozytywnie, ale też bardzo dopinguje!

niedziela, 29 listopada 2015

Głód lekowy

Zmaga się z nim chyba większość jednostek odstawiających leki, a także tych osób, które leków nie biorą już od wielu miesięcy, a czasem lat. Z biegiem czasu owo paskudztwo traci na sile, ale czym się ono objawia w pierwszych tygodniach i miesiącach, kiedy to stopniowo redukujemy dawki?

cierpienie


Jak zawsze pisać będę o własnych doświadczeniach, więc nie wszystkie sygnały, które wysyła mój organizm, muszą pokrywać się z odczuciami innych. Ale myślę, że część z nich wszyscy lekomani mają wspólną. 

U mnie pojawiają się następujące symptomy świadczące o tym, że zaczyna być niefajnie:
  • apatia (ogólna niechęć do zrobienia czegokolwiek);
  • myśli o leku (tu kłania się wbijane przez wiele miesięcy do głowy hasło "Jak nie weźmiesz, to się rozsypiesz");
  • ból głowy;
  • lęk - kompletnie nie powiązany z jakąś konkretną sytuacją (pytanie czy to objaw mojej nerwicy, efekt głodu lekowego czy może oba?);
  • przyspieszona akcja serca, poty;
  • nieprzyjemne wrażenie, że kręci mi się w głowie;
  • coraz silniejsza chęć sięgnięcia po tabletkę (z powoli wyłączającym się rozsądnym myśleniem, które jasno mówi "To niczego nie rozwiąże, bo doznana ulga będzie pozorna, a jak wezmę tę jedną, to za nią poleci kolejna");
  • panika (chęć "ucieczki od samej siebie");
  • obsesyjne myślenie o leku.

W przypadku silnego głodu lekowego przestaje działać część mechanizmów, które wypracowałam, by nie myśleć o uzależnieniu. Odpada mi jakiekolwiek zajęcie wymagające koncentracji (na przykład praca). Odpada śpiewanie (nie mam na nie ochoty i już sam ten fakt utwierdza mnie w przekonaniu, że jest bardzo, bardzo źle).

Pozostaje:
  • walnięcie się spać (o ile jest weekend i mogę sobie pozwolić na przespanie kilku godzin w ciągu dnia);
  • zmuszenie się do wyjścia z domu (na jak najdłużej - wczoraj np. poszłam na bilard, na obiad na mieście, wróciłam oczywiście piechotą);
  • telefon do sponsora/sponsorki lub przyjaciela z AA/AN/AL;
  • w przypadku braku kontaktu do kogoś ze Wspólnoty, telefon do dobrego znajomego/znajomej;
  • rzucenie się w wir pracy fizycznej (sprzątanie mieszkania, odkurzanie, mycie naczyń, szorowanie podłóg), która pozwala się zmęczyć, wydzielić nieco endorfin i przygłuszyć głód lekowy.

W sytuacji, w której niemal "wychodzę z siebie", bo tak mi źle na ciele i duszy, że nie mogę ze sobą wytrzymać, wybieram najczęściej opcję wyjścia na miasto. Zmusza mnie to do zrobienia porządku z głową, ubraniem (nie będę wszak wałęsać się po klubie bilardowym w charakterze skrzyżowania menela ze strachem na wróble), wyjściem do miejsca, w którym leki nie są mi dostępne. I zmusza do skoncentrowania na tym, co mam do zrobienia - czy to wspomniana już gra w bilard, czy to zakupy czy jeszcze coś innego.

Po powrocie do domu czasem głód lekowy odpuszcza, czasem pojawia się na nowo, ale znacznie już słabszy. Można zatem jakoś zagryźć zęby i dotrwać do nocy, pamiętając, że każdy kolejny tydzień na mniejszej dawce (lub już zupełnie bez prochów), będzie minimalnie łatwiejszy od poprzedniego. Najważniejsze, to nie zamykać się w czterech ścianach i nie poddawać się poczuciu beznadziei, bo wtedy zwiększa się ryzyko sięgnięcia po lek, który tylko sprawę skomplikuje, zamiast ją ułatwić. Wyjątek stanowi przymusowe zażycie tabletki, które ustalone zostało z psychiatrą i wiąże się ze zmniejszaniem dawek. Wtedy jasne, lek trzeba wziąć, ale pamiętając, że kolejna tabletka jest dla nas absolutnie zakazana, aż do nadejścia pory na kolejną - zgodnie z zaleceniem lekarza!

środa, 25 listopada 2015

Uzależnienie to zniewolenie

I koniec kropka. Z perspektywy czasu dostrzegam, że alkohol czy leki, które były dla mnie jeszcze nie tak dawno temu podstawą egzystencji, odbierały i utrudniały mi wszystko - nie tylko życie prywatne czy zawodowe. Ale przede wszystkim odbierały mi wolność.

kobieta w kajdankach

Oczywiście przez długi czas pijąc piwo/wino czy biorąc Zolpic, czułam się wyluzowana, swobodna, pozbawiona kontroli i ograniczeń. Mówiąc krótko - wolna. Ale dzisiaj wiem (a i wcześniej powinno to dotrzeć do mojej pustej łepetyny), jak pozorna była ta swoboda. I jak potwornie ograniczało mnie moje uzależnienie.

Pomijam już aspekty finansowe (a na leki/lekarzy/alkohol wydawałam dużo, ostatecznie z nieba mi te specyfiki nie spadały, ani też nikt nie rozsiewał ich po chodniku gestem siewcy - tak, że pozostawało tylko latać z ogłupiałym wyrazem pyska i zbierać). Ale dodatkowo:
  • utrudniały relacje z innymi ludźmi;
  • utrudniały pracę zawodową;
  • uniemożliwiały realizację swoich marzeń i pasji (już widzę, jak nawalona niczym ruski plecak, wskakuję za kierownicę samochodu, względnie wybieram się na jakiekolwiek zajęcia do szkoły muzycznej);
  • sprawiały, że żyłam dla brania/picia, choć zdawało mi się, że biorę i piję, żeby żyć.

Trudno mówić o wolności, gdy czuje się jakikolwiek przymus, prawda? A uzależnienie to właśnie przymus - picia, brania, wrzucania kolejnych banknotów w "paszczę" automatu pokerowego i tym podobne i tak dalej. Zastanawiające, że alkoholicy i lekomani, z natury protestujący ogniście przeciwko jakiemukolwiek przymusowi, są w stanie (początkowo bezwiednie) poddać się sile nałogu.

Ciągłe:
  • myślenie o piciu/braniu;
  • kombinowanie kiedy i ile wypije się piw/weźmie tabletek;
  • obsesyjne kontrolowanie zapasu trunków/opakowań;
  • w przypadku braku ulubionego środka, wpadanie w panikę i olewanie praktycznie wszystkich kwestii życiowych, poza jedną - skombinowanie alkoholu/leku, jak najszybciej, na teraz, na już!

Gdzie w tym wolność?! Jak już wspomniałam na początku - w fazie zaprzeczania temu, że jest się uzależnionym, ma się klapki na oczach i nie dostrzega tego, że straciło się całkowitą kontrolę nad swoim życiem i że funkcjonuje się "pod dyktando" swojego nałogu. Myśli się tylko "potrzebuję, muszę, bez tego sobie nie poradzę" - ale nie kojarzy się to na tym etapie z ograniczeniem własnej wolności. Dopiero z czasem przychodzi refleksja i zrozumienie, że zostało się przez swoje uzależnienie absolutnie zniewolonym. Że dla alkoholu/leków/narkotyków/hazardu itp. odepchnęło się od siebie bliskich, własne obowiązki, własne prawdziwe potrzeby i marzenia.

Ważne, by w tym dzikim pędzie za upragnioną gorzałą czy tabletką, zatrzymać się na chwilę (wystarczająco długą), by pomyśleć "Co się ze mną dzieje? Co ta potrzeba picia/brania ze mną robi? Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia?". Jeśli takie pytania się zrodzą, to jest to już dobra informacja - że zaczyna się dostrzegać zagrożenie (jedno z wielu), jakie niosą ze sobą nałogi. I jeśli tylko wystarczy sił, by na te pytania odpowiedzieć sobie "Nie chcę, by moje życie było kontrolowane przez uzależnienie. Chcę odzyskać nad nim kontrolę" - okażemy się gotowi do wykonania pierwszego kroku w kierunku wyzdrowienia.

sobota, 21 listopada 2015

Czy to lekomania?

Na mojej skrzynce mailowej wylądowało kilka pytań związanych ściśle z tematem dzisiejszego wpisu. Nie będę tu przytaczać każdego z nich, po prostu zaprezentuję zestawienie tych zachowań, które świadczą o tym, że ma się do czynienia z uzależnieniem.

tabletki ukryte w kieszeni

Dla ułatwienia zestawienie podzielę na 3 kategorie i postaram się choć w skrócie omówić każdy punkt, bazując głównie na doświadczeniach własnych, ale także innych osób uzależnionych. I to nie tylko od leków, ale i np. alkoholu - jednostki uzależnione generalnie mają bardzo podobne zachowania, nawet jeśli dla jednego szczytem złudnego szczęścia jest szklanka wódki, a dla drugiego garść tabletek. Przejdźmy więc do konkretów.

1. Okłamywanie siebie:

Zaprzeczanie temu, że może się mieć problem z lekami - tłumaczyć to sobie można na setki sposobów.
  • Biorę, bo żyję w stresie; 
  • Biorę tylko leki przepisane przez lekarza, więc jak można mówić o uzależnieniu?;
  • Leki kupuję w aptece, bez recepty, więc nie mogę się uzależnić! (wpis o Solpadeine się kłania);
  • Biorę tylko tyle, ile każe mi lekarz (długotrwałe przyjmowanie leków nasennych i   
    uspokajających w dawkach "kontrolowanych" i tak może doprowadzić do tzw. uzależnienia 
    od dawki terapeutycznej);
  • Biorę, bo mi po tym lepiej, co w tym może być złego? (rozsądek podpowiada, że stosowana 
    w nadmiarze każda substancja chemiczna szkodzi, ale do osoby uzależnionej ten argument 
    nie dociera);
  • Wcale nie biorę tak dużo! Inni biorą więcej (popularne zaprzeczanie własnemu problemowi. To, że ktoś bierze czy pije więcej, nie oznacza, że trzeba osiągnąć jego "poziom", by się uzależnić);
  • Przecież mogę z tym w każdej chwili skończyć! (tyle, że końca nie widać);
  • Przestanę brać, jak będę mieć trochę lepszą sytuację życiową (życie tak już ma, że zwykle po wdepnięciu w jedno guano, wdeptujemy w drugie - i co wtedy? Brać do końca życia?).

2. Okłamywanie bliskich/znajomych
  • Wcale nie biorę/nie biorę za dużo;
  • W pełni to kontroluję, nie ma się czym przejmować;
  • To mi pomaga wyzdrowieć! (takie tłumaczenie podchodzi pod szantaż emocjonalny);
  • Tak, miałem/am problem, ale to już przeszłość; (mówi delikwent, a myślami już jest przy opakowaniu tabletek, względnie w ukochanym barze);
  • Idę do znajomego/znajomej/...... (w wykropkowane pole można wpisać masę innych   wymówek, po czym leci się po kolejne piwo/receptę/lek do apteki).
  • Ukrywanie leków/recept.

3. Zachowania występujące w chwili, w której "zapas" leków się kończy:
  • panika;
  • gonitwa myśli;
  • silna potrzeba NATYCHMIASTOWEGO załatwienia sobie leku;
  • obdzwanianie lekarzy różnych specjalizacji i opowiadanie bajek o urlopie swojego psychiatry, zagubionej recepcie i dopytywanie czy wystawią oni receptę na upragniony specyfik;
  • nieumiejętność skupienia uwagi na niczym innym, jak tylko na uzupełnieniu zapasu;
  • próby zdobycia leków "na lewo", manipulowanie bliskimi lub znajomymi, by poszli do lekarza i zamówili lek na siebie;
  • zachowania agresywne wobec otoczenia;
  • wybuchy złości, prowokowanie awantur;
  • uspokojenie dopiero w chwili wyjścia z apteki z opakowaniem leków w ręku.

Jak widać lista jest pokaźna, choć i tak każdy lekoman czy alkoholik mógłby do niej dorzucić przynajmniej parę własnych punktów. Jeśli powyższe zachowania lub odczucia są Wam bliskie, to owszem - warto przyjąć do wiadomości, że macie problem z lekami. I że warto zastanowić się nad tym, czy brnąć dalej w kłamstwa i żyć iluzją czy też lepiej zacząć walczyć z uzależnieniem. Oczywiście optuję za tą drugą opcją.

czwartek, 19 listopada 2015

Zolpic i alkohol a depresja

Coś tam już przebąkiwałam na ten temat. A konkretnie, że alkohol wpływa na człowieka w sposób nasilający objawy depresyjne i nawet jednostki, które używają go w celach rozweselających, na dłuższą metę fundują sobie ryzyko zachorowania na tę mało przyjemną chorobę. Natomiast dopiero wczoraj odkryłam jeszcze jedną rzecz, która znakomicie obrazuje rozmiar mojego kompletnego skretynienia, które - najwyraźniej - pomimo potężnej redukcji dawki Zolpica, dotarło do mnie z kolosalnym opóźnieniem.

skołowanie
Mniej więcej taki widok musiałam zaprezentować wczoraj, gdy opadło ze mnie kompletne zidiocenie własne

Skretynieniem własnym postanowiłam się z Szanownymi Czytelnikami podzielić i to bynajmniej nie z uwagi na jakieś zapędy masochistyczne, ale z cichą nadzieją, że ktoś wyciągnie wnioski z mojej głupoty i uniknie własnych błędów ucząc się na moich.

Do rzeczy. Jak już pisałam wielokrotnie, od lat choruję na depresję. Przez te lata kombinowano ze mną szaleńczo i dobierano mi rozmaite preparaty. Po niektórych niemal zeszłam z tego świata, inne jakoś szybko przestawały działać. No, oporna byłam na leczenie. Ale duża polka zaczęła się kilka lat temu, kiedy to do własnego psychiatry chodziłam narzekając na ciągłą apatię, brak energii i ogólny stan mocno zbliżony do zombiezmu (zapewne nie istnieje takie słowo, ale chyba wszyscy wiedzą o co chodzi).

Dobry Boże, co za oślica ze mnie była niewyobrażalna! No jasne, że cierpiałam na apatię (w porównaniu do której obecne stany zniechęcenia życiem są w ogóle niegodne wspominania), że snułam się po domu w charakterze nieboszczyka, a wyciągnięcie mnie gdziekolwiek w celach rozrywkowych graniczyło z cudem. Prawdopodobnie mogłabym w owym czasie być pojona litrami kofeiny i rezultat byłby taki sam, jak po lekach przeciw depresji. Jak ja mogłam prezentować sobą choćby cień poprawy, jak mogłam odzyskać energię, skoro non-stop chodziłam nafaszerowana lekami uspokajającymi?!

Wcześniej to skojarzenie mi nie zaświtało ponieważ wmówiłam sama w siebie, że skąd, Zolpidem (pochłaniany przeze mnie w postaci Zolpica) daje mi kopa, energię i poprawia samopoczucie. A g.... no, gucio znaczy. Owszem, początkowo większe dawki rzeczywiście działały na mnie pobudzająco - nie jest wykluczone, że podobnie jak jakieś narkotyki, których, chwalić Boga, nie postanowiłam nigdy spróbować. Ale potem? Nawet na coraz wyższych dawkach pozostawało jedynie zobojętnienie na problemy własne i otaczającego mnie świata. Energia zaczęła zdychać i świńskim truchtem oddaliła się w kierunku horyzontu. A ja wciąż wmawiałam sobie, że tylko Zolpic pozwala mi w ogóle wstać z łóżka i funkcjonować!

Z powyższego widać, że umysł lekomana zdolny jest do rzeczy potężnych. Na ogół, no i w innych tematach, prezentuję raczej przeciętne rozgarnięcie, wykazuję tzw. zdrowy rozsądek i raczej nie myślę o sobie jako o kompletnej i nieporadnej idiotce. W kwestii leków? Hohoho! Kretynizm we mnie rozkwitał, logika nie miała szans w starciu z własnymi wyobrażeniami i stąd się wzięło moje durne przekonanie, że ja chyba cierpię na jakąś odporną na wszelkie specyfiki depresję. I dopiero wczoraj, gdy prezentowałam wigor jak na mnie nietypowy, zapaliła się w mojej głowie żaróweczka, a zniecierpliwiona dusza zaprezentowała mi ogrom własnej głupoty. No bo niby skąd ten wigor? Zolpic się ze mnie wypłukuje, leki antydepresyjne mają wreszcie coś "do powiedzenia", zaczynają działać jak należy i światełko w tunelu prowadzącym do wyzdrowienia, zamigotało mi wreszcie jakoś wyraźniej.

I w tym miejscu apeluję do wszystkich, którzy leki uspokajające lub nasenne usiłują brać "dla kopa" (a że są tacy, wiem znakomicie). Odpuśćcie, bo efekt ten można osiągnąć przez jakieś kilka tygodni, a potem zwiększanie dawek to już prosta droga do lekomanii i kompletnego ogłupienia. Czego jestem najznakomitszym na świecie przykładem.

niedziela, 15 listopada 2015

Jak MĄDRZE odstawiać leki?

Lekomania jest groźna - nie ma co do tego wątpliwości. Każdy, kto decyduje się zerwać z nałogiem, niewątpliwie podejmuje słuszną decyzję. Warto jednak wiedzieć jak odstawić leki, by sobie nie zaszkodzić. Raptowne zredukowanie dawki, może być równie groźne, jak jej gwałtowne zwiększenie.

tabletki uspokajajające

Chyba każdy uzależniony, czy to alkoholik czy lekoman, ma w sobie coś co najlepiej określić mianem "oślego uporu". A także "ślepej ambicji". Nie przyjmuje do wiadomości takiej opcji jak porażka i często z tych cech razem wziętych, rodzi się u niego nałóg. Bo w każdej chwili może przestać, prawda? Gdy jednak dojdzie do wniosku, że faktycznie chce zerwać z uzależnieniem, typowe dla niego cechy znów dochodzą do głosu. Zrobić to raz a dobrze, szybko - lekomani i alkoholicy zwykle są niecierpliwi, chcą wszystko "na już". I na "już" chcą odzyskać trzeźwość. Tak się jednak nie da, zwłaszcza w przypadku substancji chemicznych, które powodują zmiany w mózgu, a do takich substancji zaliczają się choćby Xanax, Zolpic, leki z grupy beznodiazepin (np. Tranxene) czy leki przeciwdepresyjne.

Czego nie robić po podjęciu decyzji o zrezygnowaniu z używek?
  • Nie zgrywaj bohatera - nie musisz udowadniać całemu światu, że z nałogiem możesz zerwać z dnia na dzień. Nie musisz tego udowadniać także sobie. Chcesz wyzdrowieć - a to jest pierwszy, ważny krok.
  • Wykop ze swojego wnętrza "ośli upór" i "ślepą ambicję" - podejście w stylu "ja wam pokażę!" to prosta droga do zguby, jeśli prowadzić ma przez natychmiastowe zaprzestanie zażywania specyfików, dostarczanych organizmowi przez lata.
  • Nie walcz sam - jeśli Twoi bliscy odwrócili się od Ciebie ze względu na nałóg, idź do terapeuty, do grupy AA lub AN (a jeśli w Twoim mieście funkcjonuje grupa Anonimowych Lekomanów - skorzystaj z jej pomocy). Wspólnie łatwiej jest rozsądnie odstawić używki.
  • Nie wyrzucaj tabletek! - może się okazać, że tylko one zapobiegną fatalnym skutkom nagłego odstawienia.


Efekty radykalnego zaprzestania brania (podaję przykłady znajomych mi osób, które właśnie w ten sposób postanowiły zrezygnować z leków):

  • utrata przytomności i "wycieczka" do szpitala;
  • pojawiające się napady padaczkowe;
  • problemy żołądkowo-jelitowe - wrażenie zatrucia;
  • silna dezorientacja;
  • odrealnienie;
  • napady agresji;
  • napady paniki;
  • zachowania ryzykowne (próby samobójcze).

Jak bezpiecznie odstawiać leki? Opcji jest kilka:
  • w ośrodku leczącym uzależnionych - jest to dobre wyjście dla osób, których na taką terapię stać. Długość terapii uzależniona jest od indywidualnego przypadku. W ośrodku otrzymuje się wsparcie lekarza, psychologów, terapeutów. Tyle wiem z teorii, w praktyce nie mogłam skorzystać z tej formy leczenia, ponieważ jej koszty były, jak dla mnie, nie do przeskoczenia;
  • w szpitalu na oddziale dla osób uzależnionych;
  • długotrwała psychoterapia - koniecznie ze specjalistą od uzależnień;
  • szczera rozmowa z psychiatrą, który ustali tempo i czas redukowania dawek.

Ja skorzystałam z ostatniej opcji. Dowiedziałam się, czym grozi mi gwałtowne odstawienie Zolpica i nie za bardzo spodobała mi się wizja własnego zejścia z tego świata. Początkowo, jeszcze otumaniona chemią, chciałam oczywiście "możliwie szybko" zamknąć temat, zredukowałam dawkę o połowę i co odcierpiałam, to moje. Ale wyżyłam, jak widać na załączonym obrazku (zapewne dlatego, że nie rzuciłam wszystkiego w cholerę, a - przyznaję - zgubna myśl o wywaleniu tabletek do śmieci, chodziła mi po głowie). Potem, razem z psychiatrą, ustaliłam już sobie redukowanie tabletek w różnych odstępach czasu (1 mniej przez tydzień, potem kolejna 1 mniej przez dwa tygodnie itd.) - żeby organizm nie doznał szoku i stopniowo przyzwyczajał się do działania na mniejszych dawkach. Starałam się nie zastępować Zolpica innymi specyfikami i o każdy lek przepisywany przez psychiatrę, dopytuję ogniście - o ryzyko uzależnienia, o dawkowanie, o godziny brania i o to, kiedy będę mogła przestać ów lek brać. Tym sposobem udało mi się nie uzależnić od Tranxene (brałam tylko dwa tygodnie) ani Mirtagenu (biorę na noc, w najmniejszej dawce, nie codziennie).

Kluczem do sukcesu jest samodyscyplina. Wiedziałam, że jeśli przekroczę wyznaczony na dany okres limit i zeżrę choć pół tabletki więcej, cała zabawa zacznie się od początku. I nie będę kłamać, że zawsze się powstrzymywałam. Nie. Ale z uporem wracałam do ograniczania i pilnowania samej siebie. Proces się wydłużał, ale trwał.

Czy to znaczy, że jestem wybitnie silna? W życiu! Głód lekowy towarzyszy mi codziennie. Do obecnej dawki schodziłam od czerwca. Były to piekielnie trudne miesiące z wielu różnych względów, nie jeden raz się łamałam, nie jeden raz dobierałam i nie będę tu cytować słów, które wówczas wypowiadałam pod własnym adresem. Ale dzięki tym kilku porażkom, ze zwiększoną mocą dotarło do mnie, że nie ma innej drogi. Odstawianie stopniowe, trzymanie się wyznaczonych dawek, redukowanie pod okiem lekarza, przyznawanie mu się do każdej porażki - tylko pełna uczciwość wobec siebie i specjalisty, który pomaga mi wyjść na prostą, daje nadzieję na osiągnięcie sukcesu. Odstawianie na własną rękę i na "szybko" może mieć zgubne skutki. 

Dlatego zachęcam wszystkich gotowych do tego, by uwolnić się od nałogu, do poszukania opcji dla siebie. Szpital, ośrodek, terapia, psychiatra - jest na szczęście w czym wybierać. Grupy wsparcia dla osób uzależnionych pozwalają na podtrzymanie procesu stopniowego trzeźwienia. Opcji jest sporo, więc warto z nich skorzystać, zamiast porywać się na samotną walkę z wiatrakami.

sobota, 14 listopada 2015

Leki przeciwbólowe mogą uzależnić

Słyszałam o tym, owszem, obiła mi się o uszy nawet teoria iście spiskowa, że do najpopularniejszych leków uśmierzających ból, dodawane są celowo substancje uzależniające. Ile w tym rzeczywistych działań koncernów farmaceutycznych - nie wiem, ale dziś odkryłam ziarno prawdy w całej tej historii.

lek przeciwbólowy rozpuszczlny


Kiedyś czytałam ulotki, od jakiegoś czasu kompletnie mnie to nie zajmuje. Postanowiłam zaufać lekarzom i grzecznie biorę to, co jest mi przepisywane. Z drugiej strony, z uwagi na bóle głowy, które od czasu potężnego kopa, jakim wywaliłam ze swojego życia Zolpic (traktowany nie jako lek, ale "uprzyjemniacz" lub "ogłupiacz"), ratuję się lekami z apteki. Przeciwbólowymi. Żaden ipubrofen w grę nie wchodzi, bo gryzie się z tym, co biorę na depresję. Psychiatra westchnęła i stwierdziła, że pozostaje mi tylko paracetamol, w dowolnej postaci. No, dobre i to. Po Solpadeine faktycznie bóle głowy ustępowały (przynajmniej na kilka godzin), skutków ubocznych nie odnotowałam, aż tu na mnie spadła wieść, że lek ten zawiera kodeinę. Pozwolę sobie przytoczyć za Wikipedią:

Kodeina, metylomorfina (łac. Codeinum) – organiczny związek chemiczny z grupy alkaloidów fenantrenowych, wchodzący w skład opium (...).  Jest metylową pochodną morfiny, z niej chemicznie otrzymywaną, i wykazuje podobne działanie. Znosi odczuwanie bólu (w większych dawkach całkowicie), wywołuje euforię, senność, błogą apatię, wprowadza w stan niewrażliwości na przykre doznania, spowalnia perystaltykę żołądka i jelit, powoduje zanik odczuwania głodu.

I jeszcze:

Kodeina wywołuje uzależnienie zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Uzależnienie psychiczne rozwija się bardzo szybko, najczęściej w ciągu kilku lub kilkunastu dni w związku z chęcią przeżywaniu stanu, jaki daje kodeina. Uzależnienie fizyczne rozwija się w okresie około 6–12 miesięcy, po którym jej odstawienie powoduje typowe objawy zespołu abstynencyjnego: drażliwość, brak chęci do działania, problemy ze snem, bóle głowy i silną potrzebę zażycia narkotyku.

Rzuciłam okiem na opakowanie Solpadeiny, które mam pod ręką i którą stosuję, gdy ból jest już nie do wytrzymania, no i proszę - w jednej tabletce rozpuszczalnej znajduje się 8 mg fosforanu kodeiny. Po uważniejszym wczytaniu zauważyłam, że owszem, na opakowaniu znajduje się ostrzeżenie o uzależnieniu od tego specyfiku. Ale na Boga, taki lek może w aptece kupić każde dziecko! A i nie każdy dorosły, zwłaszcza w stanie silnego bólu, nie zasiada przecież w fotelu, by w skupieniu oddać się lekturze ulotki leku, tylko chwyta za szklankę z rozpuszczoną tabletką i czeka odpuszczenia bólu niczym zmiłowania Pańskiego. Lekarze i farmaceuci chyba wiedzą, co przepisują i sprzedają, może by więc rozwiązać problem wypisywaniem recept na takie preparaty? Chyba, że i w reszcie przeciwbólowych są substancje szkodliwe i uzależniające i wówczas mielibyśmy chaos, bo z każdym bólem głowy, nadwyrężonym mięśniem, bólami kręgosłupa itd. należałoby pędzić do lekarza po receptę. No, ktoś by się na tym z pewnością wzbogacił, ale co z resztą? Chyba zaczynam za bardzo zbliżać się do polityki, więc może zakończę ten fragment wywodu.

Wracając zatem do sedna. Pokopałam trochę głębiej, no i dowiedziałam się, że używanie Solpadeiny (podkreślam: stosowanej długotrwale, z wypięciem się na wskazania i ostrzeżenia zawarte w ulotce), może prowadzić do:
  • nasilenia stanów depresyjnych;
  • w łączeniu z lekami uspokajającymi i nasennymi, może nasilać ich działanie na ośrodkowy układ nerwowy.
  • wymiotów;
  • wysypki skórnej;
  • polekowego zapalenia wątroby (przy codziennym stosowaniu dawek przekraczających maksymalne, po paru latach).
Solpadeinę uważam za lek skuteczny, bo faktycznie potrafi poradzić sobie z moimi silnymi bólami głowy, ale pchanie się w kolejne uzależnienie, to nie jest szczyt moich marzeń. Chcąc nie chcąc muszę zatem wybrać się do sklepu, tfu, do apteki i uważnie przestudiować informacje znajdujące się na opakowaniach leków zawierających paracetamol. Może znajdę choć jeden, który można stosować dłużej niż 3 dni (uprzejmie przypominam, że organizm na odstawienie Zolpica zareagował serwując mi między innymi właśnie bóle głowy, utrudniające jakiekolwiek funkcjonowanie). Jeśli uda mi się znaleźć lek względnie bezpieczny, na pewno Was o tym poinformuję.

A Solpadeine? Spokojnie stosujcie, ale wyłącznie w sytuacjach kryzysowych. Jedna tabletka na dobę i ból odpuści. Przy nasilonych bólach, utrzymujących się dłużej, lepiej skonsultujcie sprawę z lekarzem. Bo jeśli nawet na opakowaniu producent przestrzega przed stosowaniem dłużej niż 3 dni, uzależnienie może rozkwitnąć w tempie naprawdę szybkim. A na to szkoda zdrowia.

piątek, 13 listopada 2015

Zolpidem - efekty odstawienia

Wypadałoby wreszcie poruszyć wątek związany z efektami odstawienia Zolpidemu, od którego jestem uzależniona długie lata. Pominę czas, kiedy brałam go stosunkowo niewiele (2 tabletki na noc) i odstawiłam na przestrzeni tego czasu dwukrotnie (owszem, zdarzyło się takie cudo). Skupię się na chwili obecnej, czyli czasie, w którym z tabletkami praktycznie udało mi się zerwać, po ciągu trwającym około 6 lat. Pisząc "ciąg" mam na myśli branie tego świństwa codziennie, od rana do nocy, w ilościach potwornych. Nie, nie pożerałam w ciągu dnia całego opakowania liczącego 20 tabletek, ale pod koniec tego "życia ćpunki" spokojnie dobijałam do 10 pigułek na dobę. Nie liczyłam nawet połykanej chemii, żarłam tabletki jak cukierki, więc ile dokładnie wyniósł mój niechlubny rekord, nie pomnę.


Z tej astronomicznej dawki zeszłam najpierw do tabletek ośmiu, potem czterech. Teraz zdarza mi się zasypiać już bez Zolpica, choć - co tu będę ściemniać - pomagam sobie innymi środkami, ale już pod ścisłą kontrolą lekarza. W ilości, cytuję "Bezpiecznej dla kota". Widać psychika odgrywa w tym bajzlu dużą rolę, bo daję radę na tym zasnąć - wystarczy świadomość, że wzięłam tabletkę. Oczywiście dążę do całkowitego wyeliminowania chemii ze swojego życia, ale wiem, że to proces długotrwały. Dlaczego?

Ano właśnie z uwagi na skutki uboczne.

Zanim zacznę je wymieniać przypomnę tylko, że cierpię z powodu dwóch uroczych przypadłości, mianowicie depresji i nerwicy. Lekoman/lekomanka, którzy poza uzależnieniem nie mają dodatkowych "chorób emocji", być może lżej będą przechodzić przez okres odstawiania Zolpidemu. U mnie niestety różowo nie jest, co objawia się następująco:
  • trudności z zasypianiem (a jakże mogłoby być inaczej? W końcu latami przyzwyczajałam organizm do tego, że usnąć mogę jedynie po Zolpicu i psychika uprzejmie sobie to odnotowała);
  • wczesne budzenie się i brak poczucia "wyspania";
  • kołatanie serca;
  • silne poty (tuż po przebudzeniu);
  • napady lęku (zawsze rano, później bywa rozmaicie, zależy to pewnie od masy czynników - od ilości stresu w pracy, aury panującej na zewnątrz, no i parszywej nerwicy, która czasem odpuszcza, a innym razem wytacza ciężkie działa);
  • problemy z koncentracją;
  • bóle głowy, utrzymujące się przez niemal cały dzień;
  • niepokój (nie należy go mylić z lękiem, o którym pisałam powyżej - niepokój po prostu siedzi sobie we mnie całą dobę i w ataki bliskie paniki przekształca się wedle własnych upodobań);
  • dezorientacja;
  • trzęsące się ręce (szczęśliwie nie non-stop, też zazwyczaj rano i w chwilach napadu lęku);
  • głód lekowy.
Ominęły mnie takie "przyjemności" jak nudności, wymioty czy problemy żołądkowe (no dobrze, czasem coś tam mnie, zwłaszcza rano, uwiera w żołądku, ale to bardziej nerwicowe niż związane z faktem, że nie dostarczam organizmowi odpowiedniej dawki chemii). Nie mam dreszczy, zawrotów głowy i tym podobnych rzeczy, które przerabiałam odstawiając Effectin, lek przeciwdepresyjny (ponoć niezły, mnie niemal wpędził do grobu - ale ja jestem nietypowa i na różne farmaceutyki reaguję inaczej, niż oczekiwaliby tego lekarze; dygresyjka się kłania - moja arytmia ustępuje tylko pod wpływem środka, który przepisywany jest osobom w podeszłym wieku, na żadne "normalne" leki przeciwarytmiczne, stosowane u ludzi młodych, moja pikawa uprzejmie się wypina i rozpoczyna dzikie harce).

Najtrudniej jest mi radzić sobie z lękiem, który dotąd tłumiłam właśnie Zolpidemem, no i z głodem - wszystko w środku wrzeszczy dziko i domaga się ode mnie sięgnięcia po specyfik. Opanowanie tego duetu, paniki i głodu, jest potwornie trudne i wręcz fizycznie bolesne. Radzę sobie z tym najczęściej poprzez wyjście z domu (o ile mam taką możliwość, bo nie jestem na przykład zawalona pracą). Szybki spacer i słuchanie w czasie marszu muzyki, koją wewnętrzne dolegliwości i szczerze żałuję, że nie mogę się tym sposobem ratować częściej. Ale primo, w ciągu dnia musiałabym chyba kompletnie zrezygnować z zajęć zawodowych, a secundo - plątanie się po mieście po pracy (czyli już po zapadnięciu zmroku) nie jest najrozsądniejszym pomysłem.

Pocieszam się myślą, że z czasem to wszystko minie. Kiedyś nie wyobrażałam sobie przecież, że mogę funkcjonować na mniejszej ilości niż np. 10 tabletek. Potem, że poniżej 4 to nie zejdę. A każda redukcja dawki wiązała się z tym, co naklepałam powyżej. Faktem jest, że odpuszczało, gdy sięgałam po tabletkę. Teraz tego robić nie chcę i stąd te katusze. Ale wierzę, że uda mi się z tego wyplątać. Odstawienie alkoholu przeszło u mnie w miarę gładko (a przez parę miesięcy piłam na potęgę, też dzień w dzień). Może zatem któregoś dnia obudzę się i po prostu poczuję, że wreszcie jestem wolna? Chciałabym to osiągnąć jak najszybciej, ale nastawiam się raczej na maraton, niż na dziki sprint. Grunt, to iść do przodu i wyciągać wnioski z popełnionych błędów.

sobota, 7 listopada 2015

Co po odstawieniu leków i alkoholu?

No właśnie. Przyzwyczajenie to wszak druga natura człowieka. A nie ma co ukrywać - alkoholik czy lekoman do butelki wina czy tabletek, przyzwyczaił się przez miesiące (częściej lata) całkiem solidnie. Ulubiony napój czy ukochana tabletka potrafiły wypełnić mu cały dzień. Po zerwaniu z uzależnieniem wiele osób odczuwa pustkę, dezorientację, a co gorsza ma wrażenie, że utraciło jakąś "cząstkę siebie". Nic więc dziwnego, że tę pustkę usiłuje jakoś sobie zapełnić.

rezygnacja z nałogów

Metod na poradzenie sobie w nowej, trzeźwej rzeczywistości, poznałam mnóstwo - głównie dzięki wymienianym na meetingach doświadczeniom. I nie ma co ukrywać, także dzięki doświadczeniom własnym.

Przejdźmy zatem do rzeczy. Alkohol i/lub tabletki poszły w odstawkę. Rany boskie, co teraz? Konsumowało się to na litry i tony, dzień układało pod picie lub branie, na sytuacje stresowe reagowało strzeleniem sobie kielicha lub zażyciem "uspokajacza". Teraz środki te są niedostępne i to z wyboru. Ale funkcjonować jakoś trzeba. Co zatem robić?

Mnóstwo (nie przesadzam, naprawdę mnóstwo) osób, zaczyna swoje problemy "zajadać", a używki zastępować słodyczami. "Do gry" wkraczają czasem papierosy. Jedna i druga metoda raczej średnio zdrowa, bo z otyłością wiążą się problemy (nie tylko gorzej człowiek czuje się psychicznie, bo własny wygląd jakoś tak przestaje mu pasować, ale zaczyna mu też grozić mało radosna cukrzyca, choroby serca i tym podobne ciekawostki). Papierosy? O ich szkodliwości tyle się pisało i pisze nadal, że nie będę powtarzać słów osób niewątpliwie ode mnie mądrzejszych. Lepiej zatem zrezygnować z tych sposobów zastąpienia sobie wcześniej stosowanych "metod na życie". Co nie oznacza, że jestem jakaś szalenie mądra i nie odwaliłam dokładnie tego, o czym pisałam powyżej. A jakże, słodycze rąbałam jak maszyna, a papierosy kopciłam jak parowóz. Z tym pierwszym rozstałam się po wejściu na wagę i ujrzeniu cyferek, które jakoś mało mi się spodobały i wywołały wręcz niesmak. Papierosy wciąż palę, choć staram się ograniczać - ze skutkiem zmiennym. Są dni lepsze, są gorsze. Na razie machnęłam na nie ręką, bo gdybym tak postanowiła rzucić wszystkie nałogi równocześnie, z pewnością osiągnęłabym tak potężny stres, że na nowo wdepnęłabym w wiadome guano. A do tego mi się wcale nie spieszy.

Dobrą metodą jest sensowne organizowanie sobie czasu. Zarówno pracy, jak i czasu wolnego. Zaplanowanie sobie całego dnia (już od samego rana), jest całkiem skuteczne. Ważne, by uwzględnić w nim:
  • pracę zawodową (najlepiej, by była ona absorbująca i poza czasem na wyskoczenie na jakieś śniadanie czy do, za przeproszeniem, wychodka, nie dysponowalibyśmy wolnym, które sprzyjałoby snuciu marzeń na jawie, w których występowałby w roli głównej alkohol albo np. Zolpidem);
  • czas przeznaczony na obowiązki domowe (gotowanie, sprzątanie, pranie, przesadzanie kwiatków - wszystko jedno, możemy nawet wpaść na pomysł malowania ścian i przestawiania mebli czy tworzenia własną ręką obrazów do powieszenia na ścianie);
  • wysiłek fizyczny (pomijam wspomniane wyżej, podane jako przykład, szaleństwa remontowe. Ale niechże to będą ćwiczenia w domu albo na siłowni, marsz - bez względu na pogodę, wyjście na zakupy - z których oczywiście nie przydygamy do domu żadnych trunków zawierających procenty);
  • czas dla siebie (relaksująca kąpiel, wieczór z książką w garści, wyjście na bilard/kręgle/do kina - co kto lubi).
Dopóki nie nauczymy się funkcjonować w nowej rzeczywistości, musimy zwyczajnie dbać o to, by nie mieć czasu na rozmyślanie o używkach. Dodatkowo jeśli solidnie się zmęczymy jest szansa, że łatwiej się nam uśnie. I proszę, kolejne 24 godziny przeleciały bez picia/zażywania psychotropów. Kolejne 24 godziny zatem rozpisujemy sobie równie intensywnie.

Jeśli mimo "zawalonych" obowiązkami dni wciąż tłuką się po nas głody (po mnie się tłuką, co tu będę kłamać), warto do powyższej listy dodać:
  • regularne dreptanie na meetingi dla osób uzależnionych;
  • terapię;
  • nowe hobby.
Staram się żyć zgodnie z tym wszystkim, co powyżej napisałam i pewnie byłoby mi łatwiej, gdyby nie depresja (niech szlag ją ciężki trafi, naprawdę życzę jej jak najgorzej), która potrafi przywalić mi solidną apatię sprawiającą, że z całego zaplanowanego dnia, jestem w stanie zrealizować może połowę. W lepsze dni - owszem, zapchany po dziurki do nosa dzień ułatwia mi wyrzucić z głowy myśli o tym, że "a może by tak sobie wziąć chociaż pół tabletki?".

Sposobów na radzenie sobie w nowym, trzeźwym życiu, jest pewnie tyle ilu trzeźwych alkoholików i lekomanów. Jeśli macie własne, które w Waszym przypadku działają jak złoto, podzielcie się nimi ze mną i z pozostałymi Czytelnikami w komentarzach. Będę wdzięczna za wszelkie podpowiedzi! :)

piątek, 6 listopada 2015

Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności

Tytuł dzisiejszego wpisu to fragment Dezyderaty autorstwa Maksa Ehrmanna, utworu czytanego na wielu meetingach AA. I nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, zawartym w tym właśnie fragmencie. Ale ze znużenia i samotności, rodzić się mogą nie tylko obawy. Także - uzależnienia.

samotna kobieta

W poprzednim wpisie Poznaj swojego wroga, wspomniałam o kilku czynnikach, które mogą wpędzić człowieka w chorobę alkoholową lub lekomanię. Wspomniałam również o tym, że rozpoznanie własnego wroga bardzo mi się nie spodobało, ale cóż - nie było go na tamtej liście. Moim wrogiem okazała się samotność.

"Samotność w tłumie" - czy jest możliwa? Jak najbardziej. Od wielu lat, pomimo otaczania się ludźmi (w szkole, w pracy, w domu) czułam się samotna. Szczególnie jednak odczułam to w ostatnich pięciu (teraz już prawie sześciu) latach, kiedy to na głowę zwaliło mi się mnóstwo bolesnych spraw związanych ze zdrowiem najbliższych mi osób. Dla uspokojenia, brałam tabletki. Potem - dla zagłuszenia samotności. 

Choć wszystko wróciło do względnej normy, pewnego dnia poczułam przejmującą samotność. Pomimo tego, że wokół mnie byli inni ludzie. Ale zajęci innymi sprawami. Czułam, że ci, którzy kiedyś byli ze mną bardzo blisko, teraz odsunęli mnie gdzieś daleko, tak jakbym praktycznie nie istniała. I to dlatego zaczęłam uciekać w alkohol i leki. Wolałam nie dopuszczać do siebie myśli, że tak właśnie może się dziać. Że zostałam zastąpiona innymi rzeczami, osobami, że jestem już niepotrzebna. Działo się źle, ale zamiast stawić temu czoła - uciekłam w używki.

To właśnie rosnące z dnia na dzień poczucie samotności sprawiło, że kompletnie zatraciłam się w alkoholu i Zolpidemie. To samotność, potężnie dopingowana uzależnieniem, doprowadziła do wielu sytuacji, których żałuję, ale cofnąć nie mogę. Czy to był krzyk rozpaczy, wołanie o pomoc, desperackie wołanie "Jestem tu! Niech to ktoś wreszcie zobaczy!"? Może. Ale upragniony efekt nie został osiągnięty (bo i nie takimi zachowaniami powinno się dążyć do tego, by ktoś wreszcie dostrzegł, co się ze mną dzieje). A ja pogrążałam się coraz bardziej, z każdym kolejnym zapiciem dochodząc do wniosku, że nic tu już po mnie. Że skoro teraz jestem aż tak zbędna, to po moim odejściu z tego świata mało kto uroniłby łzę. Wręcz przeciwnie - może wreszcie najbliższe mi osoby, które przestały mnie dostrzegać, odetchnęłyby z ulgą i ułożyły sobie życie na nowo?

Takie myślenie, wspomagane przez alkoholowy ciąg wspomagany lekami, doprowadziło u mnie do próby samobójczej. Od połknięcia kolejnego opakowania tabletek powstrzymało mnie przypomnienie, że jednej osobie jestem jeszcze coś winna i nie mogę się "wymeldować", dopóki nie załatwię tej jednej sprawy.

Było to w lutym tego roku. Jak widać, żyję do dzisiaj, sprawę załatwiłam, ale na szczęście odstawiłam alkohol i choć czasem powracały myśli o odebraniu sobie życia, to nie wcielałam ich w czyn. W czerwcu wzięłam się za siebie ostrzej, alkoholu wciąż nie tykam, a Zolpidem ograniczyłam praktycznie do zera (wczoraj pierwszy raz od lat zasnęłam bez tego parszywca).

Czy jest łatwiej? Nie będę kłamać i pisać, jak to jest różowo i teraz to już "z górki". Jest ciężko. Miewam głody alkoholowe. W chwilach roztrzęsienia myślę o sięgnięciu po tabletkę. Są dni (takie jak dziś), kiedy jestem kompletnie rozklekotaną jednostką, z chaosem w głowie i całym wnętrzu. I nie oszukuję się, że to lada chwila przejdzie. Będą dni lepsze i gorsze. Nałóg trwał zbyt długo, by otrząsnąć się z niego w tydzień czy miesiąc. Wiem, że będą groziły mi nawroty, a głody alkoholowe i lekowe będą mi towarzyszyć.

Ale rozpoznałam swojego wroga, prawda? I teraz już dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że muszę unikać tego przytłaczającego uczucia samotności, bez względu na to czy siedzę faktycznie sama w czterech ścianach, czy też wśród innych ludzi. I wiem, że samotna nie czuję się na meetingach. Choć początkowo nie rozumiałam, dlaczego jest mi tam tak dobrze, teraz już wiem. Tam jestem sobą. Wśród swoich. I tam nie czuję się samotna.

środa, 4 listopada 2015

Poznaj swojego wroga

Rzadko się zdarza, by ktoś popadł w uzależnienie "przez przypadek". Zwykle coś/ktoś okazało/okazał się siłą prowadzącą do wyzwolenia nałogu. I zwykle dopiero trzeźwiejąc można w miarę na spokojnie spojrzeć w przeszłość i zastanowić się co takiego wydarzyło się w życiu, że nagle zagościł w nim alkohol, lek na uspokojenie/sen, konkretny narkotyk... Uzależnienie to bowiem skutek - warto więc poznać to, co najważniejsze. Przyczynę. I zidentyfikować swojego wroga.

symboliczny wróg

Zapewne ilu ludzi, tyle przyczyn powstawania uzależnień. Jednak z przeczytanych przeze mnie książek, doświadczeń własnych oraz rozmów prowadzonych na meetingach AA doszłam do wniosku, że kilka konkretnych przyczyn popadania w nałóg, da się wyodrębnić.

  • Wróg numer 1 - brak pewności siebie
    Często po alkohol sięgały osoby ciche i nieśmiałe, które po wypiciu kieliszka/szklanki/puszki (w zależności od trunku i upodobań) ulubionego napoju, nabierały pewności siebie. Ba! Zmieniały się nie do poznania! Nie pozwalały sobie "wejść na głowę", stawały się do przesady pewne własnych ocen i opinii, a tych, którzy mieli inne zdanie, potrafiły szybko zmieszać z błotem.

    Mówi się czasem "wypij dla kurażu". I myślę, że to powiedzenie łączy się właśnie z omówionym powyżej wrogiem.

    Z czasem dojść może do sytuacji, w której osoba uzależniona tak bardzo zaczyna lubić "nową wersję siebie", że nie wyobraża sobie innych metod na podniesienie mniemania o sobie, jak właśnie poprzez alkohol.
  • Wróg numer 2 - nuda
    Wiele osób swoją "przygodę" z używkami zaczęło ze zwykłego znudzenia własnym życiem. Alkohol im to życie ubarwiał, ułatwiał zabawę na imprezach, brylowanie w towarzystwie. Stosowane w nadmiarze leki potrafiły (podobnie jak narkotyki), przynieść "interesujące doznania" - dla niektórych uczucie błogości, dla innych - "odloty".
  • Wróg numer 2 - negatywne uczucia, w tym stres
    Mało kto je lubi i chyba większość doświadczających je osób chętnie przegnałaby je precz. Niektórzy osiągają to poprzez yogę, spotkania ze znajomymi, inni - poprzez picie lub zażywanie leków na uspokojenie. Osiągnięcie złudnego stanu spokoju sprawia, że człowiek chce z niego korzystać jak najczęściej. I uczy się na każdą przykrość, trudną sytuację, reagować zagłuszaniem emocji właśnie przez używki.
  • Wróg numer 3 - otoczenie
    Przebywanie w toksycznym środowisku również sprzyja powstawaniu uzależnień. Osoby uzależnione nie są w stanie skonfrontować się z innymi ludźmi bez "wspomagaczy", albo przeciwnie - "uciec" od "ukochanych bliskich" inaczej, jak tylko w alkohol czy leki.

    Może się też okazać, że po alkohol sięgało się na zasadzie "bo inni piją". Potrzeba dopasowania się do otoczenia sprawiała, że używka ta zaczęła gościć w naszym życiu w chwili, w której "kumpli/kumpeli do picia" nie było już w pobliżu. Ale przyzwyczajenie pozostało. Z tą różnicą, że kiedyś piło się razem, a teraz w samotności.


Stąpając po drodze trzeźwości warto zatrzymać się na moment i spojrzeć wstecz. Co takiego się stało, że z trzeźwego człowieka przemieniliśmy się w alkoholika czy lekomana? Co nas zrujnowało i pociągnęło w dół? Dopiero po uczciwym zapoznaniu się z własną przeszłością (nie jest wykluczone, że pomóc w tym może dobry terapeuta), odkryjemy dlaczego właściwie poszliśmy na samo dno.

Poznanie swojego wroga jest niezwykle ważne, ponieważ zmniejszy ryzyko powrócenia na drogę wiodącą wprost do zguby, czyli powrotu do nałogu. 

Nie mówię, że jest to proste. Mnie samej rozpoznanie swojego wroga bardzo się nie spodobało i przez długi czas usiłowałam wmawiać sobie, że przyczyny mojego zapicia/faszerowania lekami, były zupełnie inne. Ale czas przestać udawać i szczerze sobie powiedzieć: tak, to właśnie przez to stałam się alkoholiczką i lekomanką. 

Co dalej? Rozpoznanie wroga to ważny, ale nie ostatni krok. Teraz czas na konfrontację. W zależności od tego, co lub kto okazał się naszym wrogiem numer jeden, musimy zastanowić się jak się z nim zmierzyć. Znaleźć alternatywy dla alkoholu czy leków, odsunąć od siebie sytuacje lub ludzi, przez których ryzykujemy nawrót. Jeśli przyczynę upatrujemy w konkretnej osobie, możemy spróbować z nią porozmawiać i wyjaśnić jakie jej zachowania sprawiły, że zaczęliśmy sięgać po leki czy kieliszek. ALE! Przed wytoczeniem jakichkolwiek dział, warto jednak porozmawiać z psychologiem i upewnić się, że właściwie rozpoznaliśmy zagrożenie. Terapeuta pomoże nam nie tylko znaleźć sposób na naszego wroga, ale ułatwi też wypracowanie w sobie takich mechanizmów obronnych, które ułatwią nam trwanie w trzeźwości. Oby była ona jak najdłuższa, czego sobie i wszystkim zmagającym się z podobnymi problemami, z całego serca życzę.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Wpływ bałaganu na psychikę

Czasem mówimy "Moje życie to prawdziwy bajzel". I faktycznie możemy się tak czuć - mieć wrażenie, że wszystko się nam porozsypywało i kompletnie nie mamy pojęcia, jak zabrać się do uporządkowania wszystkich "wiszących" nad nami spraw. W takiej chwili warto nie tylko zajrzeć wewnątrz siebie, ale też rozejrzeć się dookoła. Czy przypadkiem wspomniany bajzel nie wkradł się także do naszego mieszkania albo miejsca pracy?

zaśmiecone biurko

Ktoś (nie mam pojęcia kto, ale z pewnością była to mądra jednostka) powiedział kiedyś, że nasze otoczenie rzutuje na nasze życie wewnętrzne. Gdy wokół nas panuje istny chaos (masa papierów na biurku, od dawna nie złożona pościel na łóżku, niepozmywane naczynia, "kipiący" kosz na śmieci), nie czujemy się raczej komfortowo. Dotyczy to przynajmniej większości osób, bo są i takie, które lubują się w nieporządku i nie wyobrażają sobie życia w posprzątanym domu.

Załóżmy jednak, że zaliczamy się do tych jednostek, które z niezadowoleniem patrzą na swoje otoczenie i myślą "Matko, co za syf!", ale niewiele sobie z tego syfu robią. A śmieci przybywa, stos papierów na biurku rośnie, po kuchni zaczynają biegać radosne robaczki, zaś z szafy wylatywać mole. No nie, wróć, na widok moli lub robaków większość osób przystąpiłaby jednak do zwalczania paskudztwa, ale nie jest wykluczone, że na pozbyciu się nieproszonych gości aktywność związana ze sprzątaniem by się zakończyła.

Po sobie samej zauważyłam, że im większy wokół mnie panuje, za przeproszeniem, burdel, tym gorzej ma się moje samopoczucie. Wszystko wydaje się przytłaczające, każda sytuacja - bez wyjścia, no i tym podobne i tak dalej. Niechęć, bezradność, apatia i tym podobne cuda, natychmiast urastają do rozmiarów góry lodowej i kółko się zamyka. Kiedyś zapewne spotęgowałabym to wysypisko śmieci dostawiając puszki po piwie czy butelki po winie, a po podłodze rozsypując puste opakowania po tabletkach (bo i tak jest śmietnik i tak, no nie?). Jednak od kilku miesięcy, od chwili, w której zapragnęłam zmienić swoje życie, ruszyłam do walki z nieróbstwem i postanowiłam zwalczyć niechęć do sprzątania. A miłośniczką porządków nie byłam nigdy i sprzątałam wyłącznie z konieczności.

Muszę przyznać, że od kiedy zaczęłam faktycznie dbać o mieszkanie, zmieniło się sporo:
  • polubiłam czystość (i nie mówię tu o jakiejś skrajności, nic u mnie w domu nie lśni na wysoki połysk, ale rzeczy są poskładane, podłogi odkurzone i umyte, a naczynia rzadko przybierają formę stosu przeznaczonego do umycia);
  • przestało irytować mnie sprzątanie (wręcz je polubiłam - przynajmniej raz na dwa dni biegam po domu z odkurzaczem, staram się na bieżąco porządkować papiery na biurku, selekcjonować śmieci i z marszu wynosić je z mieszkania);
  • poczułam się lepiej psychicznie (wcześniej wszechobecny bałagan potęgował chaos w moim wnętrzu, a teraz - gdy jest jako tako czysto - nie mam już ciągłego wrażenia przytłoczenia).
Pedantów w naszej zabieganej rzeczywistości raczej nie przybywa, a brak czasu i sił nie sprzyja regularnym porządkom. Ale jeśli czasem czujecie się kompletnie przytłoczeni życiem - rzućcie okiem na swój pokój/mieszkanie/dom (niewłaściwe skreślić). I jeśli rzeczywiście dostrzeżecie, że wokół panuje nieporządek, zabierzcie się za sprzątanie. Jestem żywym dowodem na to, że dzięki temu można poczuć się lepiej. Kto wie, może i Wy poczujecie to samo? ;)

sobota, 31 października 2015

Październik był miesiącem alkoholowych pokus

Przynajmniej dla mnie. Trzykrotnie częstowano mnie alkoholem w nowej pracy. A to impreza, a to urodziny, a to jeszcze coś innego. Raz prawie się złamałam i już miałam sięgnąć po kieliszek, kiedy nagle dotarło do mnie, co robię.

wino

Niemal codzienne dyskusje o nakrapianych imprezach też nie pomagały. Ale zaczęłam się powoli na nie uodparniać, co nie oznacza, że odpuściłam sobie czujność. Zwłaszcza, że w chwilach nasilonego stresu, przez głowę przewija mi się myśl "Może tylko jedno piwo?". Wiem jednak, że gdybym to piwo wytrąbiła, to na nim "zabawa" wcale by się nie skończyła, a w ramach pary do procentów, wystąpiłyby leki. Taki duet już mi towarzyszył i dziękuję - nigdy więcej.

Przetrwałam zatem październik, kolejny miesiąc bez kieliszka. Z Zolpidemem wciąż walczę, ale znacznie trudniej odstawić go całkiem, nawet przy stosunkowo niewielkiej ilości jaką obecnie biorę na sen. Perspektywa nieprzespanej nocy wywołuje u mnie panikę, a panika to dla mnie kolejne zagrożenie - wtedy łatwiej sięgnąć po więcej tłumacząc sobie "Muszę się uspokoić, a inaczej nie dam rady". Unikam zatem też tego uczucia paniki jak mogę.

Mam wrażenie, że trzeźwienie w dużej mierze opiera się właśnie na unikaniu. Pokus, sytuacji sprzyjających przerwaniu abstynencji, a także stanu ducha, który sprzyja sięgnięciu po kielicha lub garść tabletek.

W tym miesiącu też się zatem udało (no, panika się pojawiała, ale szczęśliwie zwalczałam ją innymi metodami - najlepsze jest wyjście z domu i szybki marsz). Co przyniesie listopad? Pożyjemy, zobaczymy :)

wtorek, 27 października 2015

O poczuciu własnej wartości

Niskie poczucie własnej wartości często dotyka osób z depresją. Trudno stwierdzić, co było pierwsze - niska samoocena prowadząca do depresji, czy też poczucie bycia jednostką bezwartościową, które pojawiło się po zachorowaniu. Pewnie jest to kwestia indywidualna. Wiem tylko, że u mnie wrażenie bycia "nikim" pojawiło się we wczesnym dzieciństwie, a depresja wyłącznie to wrażenie pogłębiła.

kobieta cierpiąca na brak pewności siebie

No i już widać, że dzisiejszy wpis nie będzie utrzymany w stylu frywolnym, lecz takim bardziej poważnym. I że tytuł wpisu powinien chyba raczej brzmieć: "O braku poczucia własnej wartości".

Nie piszę tu własnej autobiografii, a i Czytelników pewnie niezbyt interesują moje problemy z dzieciństwa, więc postaram się możliwie skrócić to sięganie do korzeni i przejść do dnia dzisiejszego. Ale bez poruszenia tego, co było, ciężko będzie mi pisać o tym, co jest teraz. A było nieciekawie o tyle, że od czasu rozwodu rodziców (liczyłam wówczas 5 wiosen), stałam się osobą zamkniętą w sobie i przesadnie dojrzałą. Nie potrafiłam wygłupiać się z rówieśnikami, byłam raczej milczącym odludkiem i trwało to jakoś do połowy czasów licealnych, po czym wróciło na pierwszych studiach. Miałam mnóstwo kompleksów i nie jest wykluczone, że to te kompleksy dołożyły co nieco do wspomnianego w poprzednim wpisie guana, zwanego uzależnieniem.

Nie ma co czarować - byłam pulchna, kiepska w sporcie, słuchałam innej muzyki niż wszyscy w moim wieku, nie oglądałam tych samych filmów co koledzy/koleżanki z klasy, byłam takim klasowym "dziwakiem". W podstawówce zaczęło mi się z tego tytułu obrywać w ostatnich latach, w pierwszym liceum - od pierwszego dnia. Wtedy jeszcze nie piłam (w przeciwieństwie do innych), nie chodziłam na imprezy, nie lubiłam jeździć na "zakrapiane" wycieczki. Słowem - kiepskie było ze mnie towarzystwo.

Im bardziej byłam odrzucana przez innych, tym bardziej zamykałam się w sobie i w końcu się to na mnie zemściło. Tłumione emocje, poczucie braku kontroli nad własnym życiem i niezadowolenie z siebie i tego, jak to moje życie wygląda, zapoczątkowało pierwsze "topienie smutków" w piwie. Był to krótki etap, trwał kilka miesięcy, pozbierałam się do kupy, ale nadszedł cios kolejny. Zmieniłam pracę, w której kwitł mobbing i wówczas pierwszy raz zetknęłam się z Xanaxem przepisanym mi z uwagi na zdiagnozowaną nerwicę. To jednak też był etap. Pierwszym moim poważnym uzależnieniem była anoreksja.

Można się zastanawiać czy anoreksja to uzależnienie, skoro chorując na nią nie je się. Ale owszem, powstrzymywanie się od jedzenia, obsesyjne liczenie kalorii, pilnowanie wagi - czym innym to jest, jak nie uzależnieniem? Wybrnęłam z tego, zanim przemieniłam się na trwałe w chodzący szkielet i nawet zaczęłam się sobie podobać. Ale czy niższa waga wyleczyła mnie z poczucia niższej wartości? Jasne, że nie.

Wciąż czułam się gorsza, a przynajmniej "nie dość dobra". I tak jest do dzisiaj. Najmniejsza porażka staje się dla mnie zapowiedzią końca świata i sprawia, że niska samoocena zbliża się do dna. Jeśli odniosę jakiś sukces, cieszę się nim krótko, bo szybko pojawia się myśl, że może to przypadek? Może nie zasłużyłam? Może ktoś się pomylił, a ja wcale nie jestem aż tak dobra?

Utrudnia to życie potwornie, bo ciężko jest funkcjonować z nastawieniem, że jest się słabym, nieporadnym, nieprzydatnym. Zamiast cieszyć się z odstawienia alkoholu myślę sobie czasem "A czy ja w tym wytrwam?". Jeśli sięgnę po lek, bez którego nie usnę, pojawiają się wyrzuty sumienia i myśli "Ty żałosna ćpunko". Tak, jak w czasie trwania ciągów alkoholowych obwiniałam po równo siebie i innych (no dobrze, innych chyba bardziej niż siebie, bo własne zachowania usiłowałam tłumaczyć na tysiące sposobów), tak teraz wpadam czasem w tryb "samobiczowania".

Pokochaj siebie

Tak powiedział mi znajomy, który wygrał z depresją. Postukałam się palcem w czoło. Jak mam siebie kochać? Tę słabą istotę, która znów przytyła i przestała podobać się sobie nie tylko z charakteru, ale i pod względem fizycznym? Tę ćpunkę i alkoholiczkę, którą będę już przecież do końca życia, nawet jeśli trzeźwą?

Myślę jednak, że coś w tym może być. Może nie od razu kochać siebie, ale chociaż trochę polubić. Przestać wyolbrzymiać problemy i porażki (poprzestając na wyciąganiu z nich wniosków, a nie udręczaniu się), cieszyć najmniejszymi nawet sukcesami.

To z pewnością praca na lata. Skoro przez lata swój umysł karmiłam wyłącznie negatywną wizją siebie, "odkręcenie" tego procesu będzie wymagać kolejnych lat. Mam jednak nadzieję, że mi się to uda. Z pewnością ułatwiłoby mi to zarówno codzienne funkcjonowanie, jak i dodało sił do walki z uzależnieniami. Bo uwierzyłabym wreszcie w coś, co do mnie na ten moment nie ma dostępu. Że naprawdę dam radę - i wytrwam.

poniedziałek, 26 października 2015

Stres sprzyja uzależnieniom...

... a także zawałom, arytmii serca, nerwicy, depresji i masie innych dolegliwości, o posiadaniu których mało kto z pewnością marzy. Nie liczę masochistów. Nie o masochistach jednak mam pisać, ani o arytmiach (choć sama takową dysponuję), tylko o uzależnieniach. A zatem spróbuję skupić się na temacie, zawartym w tytule wpisu.

zestresowany mężczyzna

Jasną jest rzeczą, że człowiek zestresowany, chętnie by na chwilę (bodaj krótką!) o tym stresie zapomniał. Wyparł z głowy myśli o irytującej i męczącej pracy, o problemach rodzinnych, finansowych i innych takich, z którymi chyba każdy ma do czynienia. Jeśli ktoś nie ma, pozostaje mu dziko zazdrościć. Cóż zatem robi jednostka zestresowana? Zapewne są ludzie, którzy zagryzą zęby i przez ten stres spróbują jakoś przebrnąć, narażając się na szczękościsk, względnie wręcz przeciwnie - bruksizm. Zapewne są i tacy, którzy stres nagromadzony w ciągu dnia, potrafią "odespać" nocą i rano budzą się radośni, pełni sił na zmierzenie się z kolejnymi 24 godzinami. Niestety są i takie ludzkie jednostki, które dla rozluźnienia walą sobie kielicha, łykają tabletki na uspokojenie i dopiero po takim działaniu są w stanie jako tako funkcjonować. Sama do takich jednostek się zaliczałam i wiem niestety, jak się to kończy. Z pewnością nie dla wszystkich, ale dla mnie i wielu mnie podobnym, finałowym "osiągnięciem" takiej "walki ze stresem" jest wdepnięcie w guano zwane uzależnieniem.

Nie stresować się!

Haha, dobre sobie. Ilekroć od jakiegokolwiek lekarza czy jednostki znajomej słyszałam takie słowa, osiągałam jeszcze wyższy poziom stresu niż na chwilę przed uzyskaniem tej bezcennej rady. Jak, na litość boską, mam się nie stresować?! Na palcach jednej ręki jestem w stanie wymienić osoby, które znam i które ową sztukę mają opanowaną do perfekcji. Cała reszta dysponuje zjechanymi od zgrzytania zębami, siwymi włosami pokrywającymi skronie, względnie poważnie nawalającymi narządami wewnętrznymi i zwichrowaną psychiką.

Skoro zatem całkowite zobojętnienie na stres (osiągane siłą woli, a nie dzięki używkom), w grę nie wchodzi, jak radzić sobie z tym potworem? Znalazłam tylko jeden sposób działający na dłużej, choć daleki jest on od doskonałości. Mianowicie - zmęczyć się. Fizycznie, broń Boże psychicznie!

Ponoć ruch powoduje przypływ endorfin, o euforii biegacza wszyscy chyba słyszeli, zatem niech będzie. Przetestowałam na sobie i przyznaję, że coś jest na rzeczy. Szybki marsz, kręcenie hula hopem, wyczynianie rozmaitych sztuk tanecznych - cokolwiek, co wymaga aktywności i ruszenia czterech liter. I co trwa przynajmniej pół godziny, a dobrze, gdy dłużej. Po takim solidnym wymęczeniu organizmu, istotnie wszystkie ciążące na głowie problemy tracą nieco na sile i człowiekowi robi się na duszy jakby lepiej. Przynajmniej dzieje się tak w moim przypadku.

Problem w tym, że nie codziennie mamy możliwość uprawiania marszy jesiennych (względnie wiosennych, zimowych czy letnich), nie każdego dnia możemy radośnie podskakiwać w rytm ulubionych utworów i nie każdego dnia mamy po prostu siłę, by zmusić się do takiej aktywności. Warto jednak przynajmniej ze dwa - niech będzie i trzy, razy w tygodniu, poświęcić godzinę na rozruszanie własnego czcigodnego zadka. Całkowicie to stresu nie wyeliminuje, ale przynajmniej sprawi ulgę. Przynajmniej na jakiś czas.

Co poza zmęczeniem?

Szczerze przyznam, że próbowałam różnych rzeczy. Usiłowałam medytować (nic z tego, nie jestem w stanie powstrzymać galopujących myśli) czy ćwiczyć jogę (zabrakło konsekwencji). Całkiem dobrze robi mi z pewnością śpiewanie na całe gardło (że też sąsiedzi to znoszą?), czytanie książek (któremu, z pewnością ku uciesze sąsiadów, nie towarzyszą dodatkowe atrakcje akustyczne) i oglądanie głupot w telewizji (względnie na komputerze). Wszystko to jednak działa wyłącznie w czasie, który poświęcam wykonywaniu danej czynności. Zaraz po jej zakończeniu stres rozkosznie wraca, niejednokrotnie spotęgowany idiotycznymi lękami (nerwica się kłania).

Jako jednostka uparta z całą pewnością szukać będę sposobów, które pozwolą mi stres jako tako opanować i okiełznać, bo że służy on uzależnieniom (które z kolei mnie nie służą kompletnie), jestem w pełni przekonana. Jeśli uda mi się odkryć jakąś cudowną metodę, z pewnością nie omieszkam podzielić się nią z szerszym gronem. A póki co, pozostają mi spacery, zdzieranie gardła i lektura książek.

czwartek, 22 października 2015

Jak walczyłam z lekomanią?

W tym wpisie skupię się na swojej drodze lekomanki - od czasu, kiedy pierwszy raz sięgnęłam po Zolpidem, po dzień dzisiejszy.

lekomanka licząca tabletki


Pierwszy raz Zolpidem dostałam od swojej Mamy po ciężkim rozstaniu z byłym chłopakiem. Byłam zapłakana, roztrzęsiona, a pora była już późna. Po tabletce zasnęłam jak kamień i spokojnie przespałam całą noc. Ale na szczęście nie wpadło mi wówczas do głowy, by korzystać z tego "wspomagacza" dzień w dzień. Było to w 2004 roku.

Regularniej (co 2-3 dni) zaczęłam brać to świństwo w 2 lata później. I nie ma co ukrywać, organizm zaczął się już przyzwyczajać, nie mówiąc o mojej psychice, która beztrosko zakodowała sobie informację treści następującej: "Nie weźmiesz, to nie zaśniesz". Po jakimś czasie zaczęłam brać codziennie po jednej tabletce.

Potem zlitował się nade mną lekarz rodzinny i wystawił receptę na upragniony specyfik. Dostałam też Xanax, którym wspomagałam się w ciągu dnia (pracowałam wówczas jeszcze w firmie, w której mobbing kwitł niczym pierwiosnki na wiosnę). Dno osiągnęłam, gdy poszłam do niewłaściwej doktor psychiatry. Fakt, nerwica i depresja już się nieźle w moim ciele czuły, ale jako pierwszy lek zaproponowano mi Effectin (który powinno się brać po wypróbowaniu innych specyfików - wtedy nie miałam o tym pojęcia). Efekty Effectinu zamieszczam poniżej:
  • przytycie 8 kilogramów;
  • po przyjęciu pierwszej dawki około 3 tygodni normalnego życia, potem równia pochyła;
  • zwiększenie dawki (na polecenie lekarza) i powtórka z rozrywki (3 tygodnie okej, potem dramat);
  • nasilenie arytmii komorowej;
Gdy poszłam do pani doktor i nieśmiało stwierdziłam, że czuję się coraz gorzej, kolejny raz usłyszałam, że trzeba zmienić dawkę. Starczyło mi przytomności umysłu, by już niczego nie zwiększać, tylko stopniowo ograniczać lek, który mnie osobiście nie służył. Taka mądra nie byłam już w przypadku Zolpidemu.

Zmieniłam psychiatrę, dostałam inne leki, nastrój się ustabilizował na tyle, bym nie popadała w czarną rozpacz, ale Zolpidem brałam dalej. I zwiększałam dawkę, bo tylko po nim wracało mi dobre samopoczucie. No i spałam.

Po kilku latach byłam już lekomanką na całego, choć wypierałam to z siebie wszystkimi czterema kończynami. Fakt, że dwukrotnie (przy sprzyjających okolicznościach) udało mi się zerwać z Zolpidemem, utwierdzał mnie w przekonaniu, że w każdej chwili powtórzę tę sztukę i trzeci raz.

W ten sposób doszłam do momentu, w którym Zolpidemem zaczynałam dzień i również nim ów dzień kończyłam. Na myśl o ograniczeniu, wpadałam w furię i wściekłość, a moje myśli skupiały się tylko na tym, by zdobyć następną receptę na ukochany specyfik.

Jak udało mi się zredukować dawkę?

Otrzymałam od życia potężny cios i musiałam w końcu przejrzeć na oczy. Sam fakt uświadomienia sobie, że mam problem, pozwolił mi zmniejszyć dawkę dwukrotnie. Potem czterokrotnie. Ale to wciąż nie było zwycięstwo, raczej kilka udanych potyczek.

Brak odpowiednich ilości Zolpidemu w moim organizmie, wzbudzał w nim niezadowolenie. Zaczęły mi się trząść ręce, wróciły lęki, wpadłam w potężną apatię, potęgowaną sytuacją życiową. Na szczęście wówczas na mojej drodze pojawili się już Anonimowi Alkoholicy, których wsparcie pozwoliło mi zaprzeć się przy swojej decyzji o dalszej redukcji paskudztwa.

Wiem, że zejść z tego nie da się z dnia na dzień - po tylu latach brania. Ale każda godzina przeżyta bez tabletki, to dla mnie duży sukces. A skoro udało się przez jedną godzinę, to powinno się udać przez kolejną, prawda?

Bardzo pomogły mi też:
  • spacery - wyjście z domu wykluczało sięganie po leki, za to uprawiany przez godzinę lub dłużej marsz, poprawiał mi samopoczucie (i przy okazji kondycję);
  • śpiewanie - tak już mam, że lubię śpiewać, a ciężko to robić z gębą zapchaną po brzegi lekami;
  • sprzątanie - zmniejszenie bałaganu w moim najbliższym otoczeniu, wpływało kojąco na moją psychikę;
  • inni ludzie - towarzystwo prawdziwych przyjaciół okazało się bezcenne. Motywowali mnie do dalszej walki, wyciągali z domu, gdy nie miałam na to ochoty;
  • oglądanie głupot - skoncentrowanie się na ulubionym serialu, ciekawym filmie czy zabawnych klipach z YouTube, przynajmniej na chwilę odrywało mnie od myślenia o Zolpidemie;
  • realizowanie programu 12 Kroków - możliwość spojrzenia z dystansem na to, co działo się ze mną, gdy brałam, pozwoliło mi utwierdzić się w swojej decyzji: że nigdy więcej nie chcę być takim egoistycznym, zamulonym potworem.
Wciąż nie jest idealne. Ale jest lepiej. Zdaję sobie sprawę z zagrożeń, jakie niesie ze sobą niekontrolowane łykanie tabletek. I wiem, że jeśli nawet czasem przez ich brak do głosu dochodzą emocje, przykre wspomnienia - trudno, tak właśnie musi być. Bo co to za życie, które ucieka między palcami, w którym niczego się nie czuje? To tylko egzystencja. A ja bardzo chcę żyć. Tak prawdziwie żyć.

wtorek, 20 października 2015

Meetingi Anonimowych Alkoholików - moje doświadczenia

Dużo potrzebowałam czasu, żeby ruszyć swój zacny zadek i zdecydować się na uczęszczanie na meetingi dla osób uzależnionych. W głowie, jak to u mnie bywa, kłębiły się setki myśli.

grupa

Moich obaw było tak wiele, że spokojnie mogę je tutaj wyszczególnić:
  • wstyd - komu byłoby łatwo pójść do obcych ludzi i na głos powiedzieć: "Jestem lekomanką i alkoholiczką?". Powód do dumy z pewnością to nie jest;
  • niepewność - jak wyglądają takie spotkania? Czytałam wcześniej o jakimś trzymaniu się za ręce, świecach, modlitwach... Matko, sekta to jakaś? Może mają jeszcze w pomieszczeniu jakieś martwe zwierzęta, a przystąpienie do "klubu" wymaga złożenia przysięgi? Jasny gwint, co tam się może wyprawiać?!
  • strach przed ludźmi - kogo tam spotkam? Żuli spod budki z piwem? Jednostki zaniedbane do granic możliwości i wydzielające z siebie mało aromatyczne zapachy?
  • obawa przed zabieraniem głosu - co będę musiała mówić? Coś chyba będę musiała, w końcu w takich grupach się rozmawia. Matko jedyna, mam się obnażać wewnętrznie przed osobami, których na oczy nie widziałam?
  • czas trwania spotkań - blisko dwie godziny, wśród alkoholików (fakt, trzeźwiejących, ale jednak obcych), czy ja to wytrzymam? Czy będę mogła, w razie czego "uciec"?

Te i inne pytania kotłowały mi się po głowie i na meeting na Skorupki w Łodzi wybierałam się z duszą na ramieniu. Dodatkowo wahając się straszliwie, bo nie piję od kwietnia, ale abstynencja jeśli chodzi o Zolpidem, jest jeszcze ode mnie oddalona, wciąż parszywe tabletki biorę na noc, choć dawkę ograniczyłam potężnie (ze wstydem piszę te słowa, ale potrafiłam sobie na Zolpidemie przejechać cały dzień). Na Skorupki spotykają się też narkomani, kwadrans przed Aowcami. Która grupa będzie lepsza?

Z tym chaosem w umyśle stanęłam przed drzwiami odpowiedniego budynku. Gdzieś tam obok zbierali się jacyś ludzie, normalnie wyglądający. Więc chyba nie na meeting? Okazało się, że jednak na meeting. Po krótkiej rozmowie okazało się, że grupa AN (Anonimowych Narkomanów) "bywa", ale nie zawsze, a na taki dzień właśnie trafiłam. Tkwiłam więc zdezorientowana i przestraszona, nie mając pojęcia, co dalej. I wtedy podszedł do mnie anioł w postaci mojej obecnej sponsorki. Anioł rzekł słowa "To chodź do nas!", wziął mnie za rękę i poprowadził na miejsce spotkania.

Nieufnie rozejrzałam się po sali. No okej, świece są. W miejsce kotła czarownic ujrzałam wyłącznie wysoki kapelusz, położony przed prowadzącym spotkanie. Dostałam kubek ciepłej herbaty. Gdy wszyscy zajęli już miejsca, przewodniczący odczytał zasady obowiązujące na meetingu. Niepewna, podniosłam rękę i spytałam, czy jako alkoholiczka, ale aktualnie z większym problemem w postaci lekomanii, mogę w ogóle uczestniczyć w tych spotkaniach? Wówczas odezwał się drugi Anioł i powiedział "A co to za różnica? Uzależnienie to uzależnienie". Nikt na sali nie wyraził sprzeciwu wobec mojej obecności i poczułam się trochę lepiej.

Kolejnym punktem było przedstawienie się, rzecz jasna tylko z imienia. Spodobało mi się to. Każdy wypowiada swoje imię, np. "Kaśka, alkoholiczka", a cała grupa mówi "Cześć Kaśka!" i już atmosfera robi się swobodniejsza.

Modlitwa, która tak uparcie kojarzyła mi się z sektą, okazała się po prostu zbiorem pięknych słów, wypowiadanych wspólnie:


Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić,
odwagi, abym zmieniał to co mogę zmienić
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.


Po modlitwie wszyscy ściskając sobie ręce (stoi się wówczas w kręgu) mówią "Cześć!" i potrząsają dłońmi.

Reszta moich obaw znikła bardzo szybko. Dziś mogę stwierdzić, że rozumiem już dlaczego na spotkania przychodzą osoby trzeźwe od 22 lat (na początku wydawało mi się to szaleństwem! Co, rodzin nie mają, domów? Po co przychodzą? Teraz już wiem po co - dla reszty grupy, by podzielić się swoimi bieżącymi problemami i sukcesami, by dzięki bliskości innych alkoholików, przegnać precz chęć sięgnięcia po alkohol).

Ludzie? Genialni! Inteligentni, wykształceni, na poziomie, a do tego szalenie sympatyczni, życzliwi, cierpliwi, chętni do niesienia pomocy innym.

Wypowiedzi? Dobrowolne. Nikt nikogo do wypowiedzi nie zmusza, można mówić, można milczeć i słuchać innych.

Wcześniejsze wyjście? Nie ma sprawy, zero pretensji (choć przyznam - mnie się jeszcze nie zdarzyło opuścić spotkania przed jego zakończeniem).

Podsumowując - meeting AA był dla mnie strzałem w dziesiątkę. Od 5 miesięcy żyję od wtorku do wtorku, bo wiem że spędzę dwie godziny w towarzystwie świetnych ludzi, którzy mnie doskonale rozumieją, mają podobne doświadczenia, a co najważniejsze - są żywym przykładem na to, że MOŻNA pokonać uzależnienie. Zatem jeśli ktoś się waha - iść czy nie iść - zachęcam do spróbowania. W dużych miastach grup AA jest bardzo dużo, można więc sprawdzić kilka i zostać w tej, w której czuć się będziemy najlepiej. Mojej grupy ze Skorupki nie zamieniłabym na żadną inną. Chodzę tam w podskokach, jak na spotkanie z najserdeczniejszymi członkami rodziny.