Szukaj na tym blogu

Ładowanie...

czwartek, 2 czerwca 2016

Lekomani, nie idźcie tą drogą!

Niedawno otrzymałam maila, który zjeżył mi włosy na głowie. W korespondencji znalazłam pytanie czy można zamienić benzodiazepiny na Zolpidem, skoro jest on od nich łagodniejszy, zamiast iść na odwyk.

stop lekomanii

Zamienianie jednych uzależniaczy na drugie, to katastrofalny pomysł i prosta droga do zguby. To, że na razie po Zolpidemie jest "fajnie" i nie pożera się go na tony, nie znaczy, że będzie to trwać do uśmiechniętej śmierci!

Jeśli na swoim blogu nie wyraziłam się dość dobitnie, to pozwolę sobie podsumować to, co zafundowało mi stopniowe zwiększanie Zolpicu (zwiększanie, bo wcześniej stosowane dawki nie robiły na moim organizmie żadnego wrażenia, domagał się on zatem dodatkowej "porcji"):
  • zrujnowałam swoje życie (rodzinne, towarzyskie);
  • zrujnowałam życie kilku innym osobom, w tym mojemu dobremu przyjacielowi; (on mi to wybaczył, ja sobie nie wybaczę do końca życia)
  • miałam notoryczne luki w pamięci;
  • bardzo szybko w miejsce euforii czy też zwiększonej aktywności, pojawiła się apatia i zniechęcenie życiem;
  • gdy Zolpic przestał mi wystarczać, wdepnęłam w uzależnienie krzyżowe (leki + alkohol);
  • stałam się agresywna, egoistyczna do dziesiątej potęgi, w moim życiu liczyło się wyłącznie zdobywanie kolejnych zapasów leków (co doprowadziło mnie niemal do ruiny finansowej);
  • po dalszej "zabawie" w łykanie Zolpica, straciłam kompletnie jakiekolwiek zainteresowania, które miałam w życiu przed wdepnięciem w uzależnienie.
Czy powyższa lista nie wystarczy, by uświadomić sobie jak poważne zagrożenia wiążą się z niekontrolowanym przyjmowaniem Zolpidemu? Bo kontrolować dawki można na bardzo krótką metę i wyłącznie przez stosunkowo krótki czas. Potem to już obłęd i nieustająca pogoń za kolejnym opakowaniem leku.

Wszystkich lekomanów przestrzegam - szukajcie pomocy nie w innych używkach (alkoholu, lekach uzależniających), ale na odwyku lub u lekarza psychiatry, któremu szczerze powiecie o swoim uzależnieniu i poprosicie o pomoc z wyjścia z tego guana. Jeśli Zolpidem/benzo, łagodziły Wasze stany lękowe - fajnie, ale są inne leki, które nie uzależniają, a działają równie skutecznie (testuję na sobie po zmianie psychiatry i faktycznie, moja nerwica jakby w sobie sklęsła, a do leków nie pcham się codziennie, tylko w razie pojawienia się faktycznie silnych stanów lękowych).

I pamiętajcie - to, że na razie w Waszej opinii bierzecie mało, a efekty są boskie, nie będzie trwało wiecznie. Zapewniam Was o tym, bo przeszłam tę drogę.

wtorek, 10 maja 2016

(Nie tak znów) krótko o tym, co Zolpic zmienił w moim życiu

A także o tym, co zmieniło się po zerwaniu z nałogiem ;) Ale po kolei.

Gdy byłam już naprawdę potężnie uzależniona od Zolpica i pożerałam go "na tony", kompletnie nie kontrolowałam samej siebie - nie tylko działań, ale nawet własnych myśli. Nie sposób wymienić liczby błędów, jakie popełniłam będąc pod jego wpływem. Zaburzał mi koncentrację, na pewnym etapie nie pomagał mi już nawet zasnąć (a do tego przecież został "stworzony") i wtedy do gry włączyłam alkohol. Idiotyzm potężny, ale w stanie kompletnego naćpania nie interesowało mnie zupełnie to, czy sobie poważnie zaszkodzę czy nie. Zasypiałam (czy raczej urywał mi się film) około 3:00, wstawałam o 11:00. Fakt, że nie poszłam kompletnie z torbami zawdzięczam tzw. elastycznemu czasowi pracy, bo gdybym musiała zaczynać o 8:00, to nie ma siły - poległabym zawodowo w 100%.

Zolpic dodatkowo "odbierał" mi pamięć. Miałam potężne luki, które dopiero po rozpoczęciu walki z uzależnieniem i stopniowym redukowaniu dawek, zaczynały się powoli wypełniać. Ale wielu rzeczy, które wieczorem robiłam po połknięciu kilku tabletek i zapiciu ich piwem/winem/co tam było pod ręką, z pewnością już nigdy sobie nie przypomnę.

Niedawno zastanawiałam się co było największym problemem przy odstawianiu tego "leku" (w moim przypadku bardziej na miejscu byłoby chyba jednak słowo "narkotyk"). Problemem było nie tylko uzależnienie fizyczne (organizm buntował mi się ostro, gdy nie otrzymywał odpowiedniej ilości Zolpidemu), ale też psychiczne. I to posunięte tak daleko, że w panikę wpadałam na samą myśl co się stanie, gdy będę już całkowicie wolna od Zolpica. Branie zaczęło się w mojej głowie łączyć ze mną samą - ja + Zolpic = całość. Obawiałam się utraty części własnej tożsamości, choć - jak na ironię - tożsamość odbierało mi branie. Nie wyobrażałam sobie, że mogę wstać i nie sięgnąć po tabletkę. Że w sytuacji stresującej nie łyknę sobie pigułki, że położę się do łóżka i zasnę bez Zolpidemu. Te wszystkie wypracowane w czasie brania rytuały (łącznie z "załatwianiem" sobie recept) tak weszły mi w krew, że stały się moją drugą naturą i nie wyobrażałam sobie swojego życia bez tej całej "zolpicowej otoczki". Tak, jakby to uzależnienie definiowało kim jestem, a nie ja sama.

Osobie, która nigdy nie była uzależniona od alkoholu czy substancji psychoaktywnych, takie rozumowanie może wydać się skrajnie idiotyczne. I rzeczywiście, takie było. Ale jednocześnie ta pułapka myśli ("Co mi zostanie, jeśli zrezygnuję z Zolpica?") była w moim przypadku bardzo silnym hamulcem powstrzymującym mnie przez lata przed rozpoczęciem walki o trzeźwość.

wolność

Co się zmieniło? Redukując dawki zauważyłam, że wbrew obawom, czuję się zupełnie nieźle z samą sobą. Zaczęła wracać "dawna wersja mnie", ale mądrzejsza o doświadczenie. Na nowo zaczęłam odczuwać tłumione chemią emocje. Wyraźniej widziałam siebie, otaczający mnie świat i własne błędy. Powoli zaczęła wracać chęć do życia i energia, co z kolei pozwoliło mi na zrealizowanie kilku projektów, nad którymi nie miałam szans się pochylić w stanie kompletnego zaćpania. Spełniłam swoje marzenie i zrobiłam upragnione prawo jazdy. Zaczęłam regularnie prowadzić samochód i odkryłam, jak terapeutycznie działa na mnie jazda. Przestałam się ciągle frustrować, wściekać o wszystko i obwiniać innych za to, co mnie spotyka. Bo nie czarujmy się - jednostka uzależniona rzadko potrafi przyznać się do porażek i własnych błędów, a za swoją fatalną sytuację wini innych ludzi lub sploty okoliczności.

Dzisiaj, choć wciąż w trzeźwości dopiero raczkuję, cieszę się z podjętej decyzji o zmianie swojego życia. Chodzę regularnie na meetingi, sięgnęłam na nowo po książki poświęcone psychologii i zmianie sposobu myślenia na bardziej pozytywne oraz zgłębiające kwestie zmieniania charakteru na lepsze.

Czy tęsknię do brania? Z ulgą mogę wreszcie powiedzieć: NIE. Na myśl, że miałabym sięgnąć w ciągu dnia po tabletkę, robi mi się słabo i ogarnia mnie przerażenie. I tak długo, jak będę odczuwała ten stan podczas myślenia o Zolpicu, który był kiedyś podstawą mojego życia, tak długo mogę być o siebie w miarę spokojna. Ale nie mogę tracić czujności, bo wiem, że łatwo jest pomyśleć sobie "Wydarzyło się coś tak stresującego, więc wezmę tylko tę jedną tabletkę i koniec". Bo na jednej niestety się nie kończy, o ile nie stosuje się leku zgodnie z zaleceniem lekarza (czyli  1 przed snem, nie dłużej niż 3 tygodnie). A wpadnięcie w kolejny ciąg to ostatnia rzecz, jakiej mogłabym chcieć. Mam teraz przed sobą sporo wyzwań na różnych gruntach, ale jednocześnie marzeń i planów, których nie pozwolę sobie zaprzepaścić poprzez własną głupotę. Wystarczy, że robiłam to regularnie przez długie lata.

środa, 13 kwietnia 2016

Skąd ta bezsenność i jak z nią walczyć?

Na pytanie, które zadaje sobie mnóstwo osób, w tym autorka niniejszego wpisu, jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Z własnych obserwacji (dziesięcioletnich, więc całkiem długich), wyciągnęłam ostatnio wnioski - a zmusił mnie do tego ostatni tydzień, w ciągu którego przespałam łącznie mniej niż 30 godzin. A i to wybudzając się w nocy i męcząc jak potępieniec.

bezsenność

Oczywiście u każdego podłoże bezsenności jest inne. Często problemy z zasypianiem wynikają z dolegliwości somatycznych (rozmaite bóle - czy to krzyża, głowy, stawów...), ze stresu, "gonitwy myśli". Zdesperowani "niewyspani" zaczynają więc szukać sposobów na to, by wreszcie walnąć się do łóżka i przespać martwym bykiem całą noc, ale dostępne w sieci porady można sobie często podłożyć pod tramwaj, względnie czytać w ramach rozweselenia (co z pewnością zaśnięcia nie ułatwi, bo histerycznie chichocząc podczas lektury, raczej nie poczujemy przypływu senności). Skoro już przy tym jestem to pozwolę sobie przytoczyć jedną taką radę, która przewija się wyjątkowo często, a na zastosowanie której wiele osób zwyczajnie nie ma szans. Złota myśl brzmi:

"Łóżko powinno kojarzyć się wyłącznie z nocnym wypoczynkiem. Unikajmy zatem wykonywania w sypialni innych czynności, takich jak oglądanie telewizji czy pracy. Sypialnia to miejsce do snu!"

Brzmi nawet rozsądnie, ale czy autorzy tej bezcennej rady nie wpadli na to, że multum osób nie posiada w swoim M-2 czy M-3 pokoju, który służy "tylko i wyłącznie do snu"? Dla mnie osobiście posiadanie sypialni jest marzeniem ściętej głowy, a w pokoju, w którym stoi łóżko (czy raczej wersalka), nie tylko pracuję, ale też często oddaję się innym zajęciom (choćby oglądaniu telewizji, bo akurat w tym pokoju tv stoi czy przeglądaniu sieci - bo upchnięte jest tu także biurko z komputerem).

Załóżmy zatem, że nie mamy komfortu wprowadzenia w życie tej genialnej rady i musimy radzić sobie z bezsennością inaczej. Osobiście przetestowałam na sobie poniższe metody:
  • szklanka mleka przed snem (efektu zero);
  • przestrzeganie tzw. higieny snu, czyli wstawania i kładzenia się spać o tej samej porze (na dwoje babka wróżyła, choć staram się tego pilnować. Wstaję owszem, zawsze o tej samej godzinie, ale żeby zasnąć... hoho!);
  • unikanie wysiłku fizycznego tuż przed pójściem spać (no unikam, ale to widać za mało);
  • liczenie baranów (dojechałam do kilkuset i znudziło mnie to śmiertelnie, ale na zaśnięcie nie zechciało się przełożyć);
  • tworzenie w głowie abstrakcyjnych scenariuszy, które mają "zmęczyć" umysł i spowodować błogie zapadnięcie w sen (mój umysł widać działa odwrotnie, bo wymyślanie niestworzonych historii raczej go rozbudza);
  • regularne wietrzenie pomieszczenia i nie kładzenie się spać w ciepłym pokoju (i to w moim przypadku się poniekąd sprawdza, tzn. faktycznie nieco łatwiej jest mi usnąć, gdy jestem przemarznięta do dziesiątej potęgi - żadne tam wystawianie kończyn poza kołdrę nie daje efektu, muszę się wyziębić w całości, co potem skutkuje katarem; ale pies trącał katar, wolę pociągać nosem niż nie spać przez kolejną noc).

Lekarze też kombinowali jak mogli, bo jeszcze zanim w przypływie desperacji dali mi Zolpic, próbowali innych metod. Brałam melatoninę (która miała regulować sen), hydroxyzynę (2 tygodnie działała elegancko, potem równie dobrze mogłam zażywać witaminę C - efekt taki sam, czyli zerowy, ale przynajmniej byłby to zdrowszy wariant), pijałam melisę i rozmaite cuda ze mną wyczyniano. Efekty były takie, że albo nie zasypiałam wcale, albo padałam jak walnięta obuchem i cały kolejny dzień poświęcałam na rozbudzenie się, przy jednoczesnym wrażeniu "urwania filmu", ale nie normalnego wyspania się w ciągu nocy.

Ostatni tydzień, podczas którego zaparłam się wszystkimi kończynami przed braniem czegokolwiek przed snem, pozwolił mi zaobserwować intrygujące zjawisko. Mianowicie - czuję senność koło 22:00, fajnie, kładę się do łóżka. W momencie położenia głowy na poduszce, pojawia się mnóstwo myśli w głowie - rozwiązania dręczących mnie problemów, przypominają mi się rzeczy do zrobienia i tym podobne i tak dalej. Po pół godzinnej próbie usunięcia tego wszystkiego z umysłu, z rezygnacją wstaję, zapisuję na kartce to, co kłębiło mi się w głowie, z rozgoryczeniem zapalam papierosa i czekam zmiłowania Pańskiego czyli kolejnego przypływu senności. Bywa, że siedzę tak do 2:00 w nocy, a w moim wnętrzu rośnie tajfun.

No i właśnie tutaj leży pies pogrzebany, a przynajmniej tak mi się wydaje. Rosnąca frustracja związana z tym, że za diabła nie udaje się usnąć, pobudza. Wszelkie negatywne emocje: stres, wyrzuty sumienia, wrażenie niedopełnienia jakiegoś obowiązku - kąsają duszę i uniemożliwiają normalne zaśnięcie. W moim przypadku świństwo czyni mi także depresja, która sprawia, że w ciągu dnia jestem apatyczna i senna, a dopiero wieczorem odczuwam coś na kształt przypływu energii (podobno jednostki z depresją tak mają i cześć pracy). Postanowiłam zatem skupić się nie na czynieniu wysiłków. mających na celu zaśnięcie, ale na regularnym usuwaniu z umysłu tych wszystkich negatywnych emocji, które się w nim piętrzą. Stworzyłam listę rzeczy, które mnie gryzą i najbliższe tygodnie poświęcę na rozliczanie się z nimi (rozwiązywanie problemów, które istotnie da się jakoś rozgryźć i pogodzenie się z sytuacjami, na które wpływu nie mam). Intuicja podpowiada mi, że gdy zrobię z tym wszystkim porządek, zacznę lepiej sypiać, bo zwyczajnie to wszystko, co wraca teraz do mnie regularnie każdej nocy, przestanie istnieć. Niewykluczone, że poirytowany brakiem "pożywki" umysł, wykombinuje jakieś novum, które znów zacznie mnie kąsać tu i ówdzie, ale kto wie, może jednak da za wygraną? W każdym razie wydaje mi się, że żadna "szklanka mleka", "liczenie baranów" ani tym podobne metody, nie zastąpią zrobienia porządku z samym sobą. Dopiero osiągnięcie stanu spokoju ducha, może w jakiś sposób mnie wyciszyć i pozwolić usnąć. Tylko dlaczego, na Boga, nie podpowiedział mi tego w ciągu ostatnich 10 lat żaden psychiatra..? Bo szczerze, dusza subtelnie sugerowała mi to rozwiązanie już od dawna, ale niechęć do zmierzenia się z rzeczywistością i szukanie "drogi na skróty" (jakże typowe dla jednostek uzależnionych), przez lata sprawiało, że wolałam sięgnąć po tabletkę. Być może gdybym usłyszała od lekarza słowa "Droga pani, tutaj przede wszystkim trzeba zadbać o rozwiązanie konfliktów wewnętrznych", szybciej zdecydowałabym się na ruszenie czterech liter i rozpoczęcie działań, mających na celu zrobienie porządku ze swoimi emocjami.